niedziela, 19 lutego 2017

Weekend w szpitalu...


Weekend w szpitalu oznacza spokój. To zwolnienie tempa po tygodniu badań, konsultacji, zabiegów i bieganiny. Czas wtedy płynie inaczej, jakby zwalniał, nagle robi się ciszej (mimo płaczu dzieci), jakoś tak senniej...inaczej. Salę mamy do użytku własnego – bo izolacja. Nikt co chwilę nie wchodzi i niepotrzebnie nie stresuje. Można powiedzieć, że rodzice i dzieci mają wtedy labę. Oczywiście jeśli trzeba podać leki to podają, trzeba zmienić opatrunek to zmieniają, ale wszystko ogranicza się do tego co pilne, cały inny zestaw atrakcji znów zacznie się od poniedziałkowego poranka. W naszym przypadku również…

Leniwy klimat potęguje jeszcze pogoda, ciężka szara i mglista. Mgła przytłacza i otula, tworząc kokon i w jakiś sposób przygniata, a może i nawet wysysa energię. Taka była sobota i to właśnie w takie dni przypominam sobie, że w moich żyłach prócz krwi płynie jeszcze stres. Stres, o którym staram się nie myśleć, do czasu… Aż za moimi plecami nie zacznie skradać się potwór. Ubrany w łachmany, o szpetnej facjacie z wyłupiastymi gałami i długimi szponami. Strachem, zniechęceniem, smutkiem i wściekłością śmierdzi na kilometr. Skąd się bierze? Może z tej mgły… Cholera go wie. Ważne, że jest i chce mnie postawić do pionu. Chce mną zawładnąć i wpędzić w depresję, doła, przygnębienie, otępienie, a może nawet doprowadzić do furii. Z każdą sekundą się zbliża a ja kulę się coraz bardziej. Wychodząc z windy, powłóczę nogami, a oddziałowe barwy przyprawiają o mdłości. Nie mam siły unieść torby z nietkniętą gazetą, z książką czytaną na raty… Idę do celu, do szpitalnej sali. Do izolatki. Do mojego dziecka. Wiem, że muszę być silna, bo każdy tak mówi, bo tego każdy oczekuje, a szczególnie on… Filip. A może on niczego nie oczekuje, prócz miłości? To akurat ma zapewnione. A co siłą? To „MUSZĘ” mnie przygniata…

Bo wiecie, ja nigdy nie byłam przygotowana na takie atrakcje… Nie spodziewałam się takiego łubu - dubu w moim życiu. W NASZYM życiu. Nie wiedziałam, że jestem nosicielem takiego gównianego genu, który ubiera się w niewinną nazwę Zespół Wiskotta – Aldricha (WAS). Facetów u mnie w rodzinie na pęczki… nikt nigdy nic nie zdiagnozował... Więc dlaczego, ja? Dlaczego, mój Filip? Tych „DLACZEGO” jest od cholery, nie przynoszą odpowiedzi, a tylko wściekłość, więc przestałam pytać… Jest jak jest, walczymy, Filip walczy. I to jak walczy! Z uśmiechem!

To, że jest wojownikiem udowodnił już od pierwszych milimetrów swojego istnienia w mojej macicy… Przetrwał moje bóle brzucha, a przy takim obciążeniu genetycznym często dochodzi do poronień. Przetrwał zatrucie wód płodowych, dużą małopłytkowość...pojawił się jako cudny wymoczek i walczył dalej z płytkami, a raczej o płytki. Pożerał antybiotyki, sterydy, immunoglobuliny, a w międzyczasie mleko. Teraz walczy jeszcze silniej, o życie… normalne… bo jeśli się wszystko uda…

„To już nie doraźne, na chwilę, opanowanie sytuacji, ale wyleczenie. Szansa na pierwszy dzień w szkole, Pierwszą Komunię, czas na rozwijanie pasji, motylki w brzuchu, dorosłość...”

Dochodzę do sali z moim bagażem (tym na ramieniu i tym na plecach) i widzę moje szczęśliwiątko. Cudo z dużymi oczkami, w których jest nieopisana radość i ten uśmiech, który przegania nawet mgłę. Cały wyrywa się do mnie, by się przytulić i dać nawet kilka buziaków. Tak, tych mokrych i niezdarnych… A ze mnie spada cały ten smutny szajs...to MUSZĘ już nie ciąży i uśmiecham się jak głupia. Ta moje fasolka wyrosła na człowieczka, który jest Naszym promyczkiem w szarościach dnia codziennego.

Sytuacja opanowana… do czasu, aż nie zostanę sama z myślami i z potworem…

Wtedy jednak przypominam sobie ten uśmiech i wiem, że będzie dobrze. Musi być…skoro on walczy to i ja muszę. Więc biorę oddech , walę w pysk potwora… odpełza w cholerę…

Szanowni Państwo, można kochać z każdym dniem bardziej?! Otóż można! Ja kocham!

I tak jeszcze na koniec. Chcemy z całego serducha podziękować wszystkim za każde słowa wsparcia i otuchy!

czwartek, 16 lutego 2017

Co czuje matka...?


Co czuję matka na myśl, że za kilka godzin jej dziecko trafi na salę operacyjną? Na myśl, że po raz kolejny w tym tygodniu zostanie uśpione?  Lekki niepokój,  który jest zwiastunem czegoś odległego jeszcze. Lecz z każdą kolejną godziną dociera do niej, że to małe idealne ciałko zostanie naruszone. Będzie bogatsze o kabelek. Kabelek, który jest potrzebny i który zaoszczędzi mu bólu.

Co czuję matka, gdy planowana godzina zabiegu się przeciąga, a dziecko jest na samych kroplówkach ósmą już godzinę?  Bezsilność. Bo co może zrobić? Nic. Cholera ją trafia, bo widzi zmęczenie swojego dziecka. Wie, że dobry humor synka szlag trafił. Tu krew pobierają,  tam płytki dają a za chwilę kroplówka (to już trzecia?!). Zmęczenie miesza się ze stresem… coraz większym. Co może zrobić matka w takiej sytuacji? Być i odwracać uwagę… No i nie zwariować.

Co czuję matka,  gdy o 20:20 wiezie swoje 6 miesięczne dziecko na salę operacyjną?  Ma zawał.  Żołądek skurczony, w tamtym momencie przypomina śliwkę, zresztą podobnie jak serce. Oczy wilgotne i uśmiech na twarzy.  Przynajmniej jego krzywa imitacja. I żal, gdy musi go zostawić. 

Co czuję matka czekając pod blokiem operacyjnym? Napięcie bo za jakiś czas znów wejdzie na salę wybudzeń do swojego maluszka.  Po raz kolejny zobaczy swoją bezbronną kruszynkę, która jest na haju. Co robi jeszcze? Tłumi emocje, popija kawę i piszę posta. Może dziś równie szybko wybudzi się jak wczoraj?

Co czuje ojciec? Zapewne to samo. Ale nie powie,  mimo że jest tuż obok. Wiadomo facet, w dodatku skryty facet,ale mi wystarczy to, że jest. Jest, a ja jestem wdzięczna... Bo siedzi tuż obok i pomaga dźwigać mi nasz ciężar. Udowadnia, że Filip nie mógł mieć lepszego ojca, a ja męża.

Wiecie co jest cudowne? Ta silna dłoń mężczyzny głaszcząca małą główkę dziecka… Widok bezcenny!

wtorek, 7 lutego 2017

Cała prawda o Złym Strachu...


"Strach jest ze mną codziennie. Budzę się z nim, zasypiam, robię sobie z nim herbatę, kawę sobie robię i nawet myć się z nim idę. Tak mają rodzice dzieci chorych, bo stać może się wszystko. A może zawsze może stać się wszystko tyle, że my zdajemy sobie z tego sprawę. Ta świadomość może niszczyć, ale może też podnieść tak jak w życiu nie podniosło wcześniej nic." 


Żeby nie było...to nie są moje słowa. To cytat, z tekstu na który trafiłam dzięki Ninie i Anecie. Zwyczajne udostępnienie na fejsie i człowiek trafia na coś mądrego. Sama bym pewnie nie trafiła na tę stronę, albo jeśli już to z niezłym opóźnieniem,  bo ostatnio nie mam czasu na wędrówki po internecie. Wracając do tekstu...  Odzwierciedla on całkowicie to co czuję... Pokazuje jakim przeciwnikiem jest strach, a konkretnie jakim jest cieniem rodzica,  który ma chore dziecko.  A ja mam chore dziecko.  I strach też mam za plecami. Cholera, nawet kawa nie smakuje z nim dobrze. Nic z nim nie jest takie jakie być powinno.  Lepiej nie napisałabym o naszej rzeczywistości niż autorka powyższych słów. Tak to wygląda i idealnie zostało wpisane w zlepek liter. Wiecie co? Obawiam się,  że ten strach nie zniknie nigdy. Nawet jeśli będzie wielkości znaczka pocztowego i przyklei się gdzieś z tyłu zakurzonej szafy bądź ugrzęźnie w pajęczynie. Zawsze będzie się czaił gdzieś w pobliżu. Bo przecież już raz się coś przytrafiło...  

Im bliżej wyjazdu, tym strach staje się większy. Możecie to sobie łatwo wyobrazić...Tak jak w kreskówkach. Nagle nad dobrym głównym bohaterem wyrasta ta wielka z groźną miną. A ta mała kuli się jeszcze bardziej i zaczyna drżeć. Tak to wygląda... 

 Jest jeszcze jeden cytat: 

"Uświadomiłam sobie: pesymizmem, załamaniem, dołem nie pomogę dziecku. Ona potrzebuje siły, mocy. I w końcu to ona walczy ze swoim organizmem– nie ja. Optymizm to kwestia samodyscypliny. Budzę się rano i myślę: „O nie, dziś będzie dobry dzień”. Nie zawsze mi wychodzi, ale pracuję. Wiem na pewno, że się da." 

Dobra rada...co nie?!  

No i jeszcze jedno (kradnę, zabieram, pożyczam)… Moje dziecko nie choruje, Ono zdrowieje Proszę Państwa! I tego się trzymajmy… A tymczasem jutro lecimy znów po zapas płytek…

*Cytaty pochodzą z bloga i profilu Matko Jedyna na FB ;)


wtorek, 31 stycznia 2017

Pół roku już razem...we troje!




Filip ma już pół roku! Równo 6 miesięcy temu,dokładnie kilkanaście minut po 23:00 zostaliśmy rodzicami i poznaliśmy po raz pierwszy naszego synka! Jak ten czas leci?! Jeszcze tak niedawno siedziałam jak na bombie i czekałam, aż zacznie się akcja porodowa,a tu proszę moje szczęśliwiątko jest już takie duże!
Jakie było to półrocze? 
Pouczające. Pełne radości, czułości i miłości. To odkrywanie siebie, siebie w roli matki. Nas w roli rodziców. 
Nie ma co się oszukiwać... Nie zawsze było kolorowo. Bywało,  że ręce opadały, łzy płynęły, szlag mnie trafiał a gniew kipiał. Rola matki jest piękna i wyjątkowa, ale także trudna. Szczególnie jeśli ta mała istotka boryka się z chorobą a szpital to nie tylko budynek, który gdzieś się tam mija. 

Z każdym dniem mój synek się rozwija. Rozczula mnie, szczególnie gdy wyciąga raczki by złapać moją twarz i dać swojego nieudolnego jeszcze buziaka. Te buziaki wychodzą mu coraz lepiej, a ja chętnie korzystam z okazji i się przytulam do mojego dziuńka! ;-)  Ten mój dziuniek czasem też mnie wkurza... Co nie powinno mnie dziwić skoro ma mój charakter i upór po ojcu. To taki słodki terrorysta! ;-)  

"Ile bym dała za jeden dzień tylko dla siebie!" 
A teraz pytanie dla wszystkich matek... Naszła was kiedyś taka myśl? Mnie tak. Co prawda na myśli się skończyło, bo instynkt matki zaczął się od razu buntować!:-P Przyznaje się bez bicia...ostatnio jestem totalnie zmęczona. Filip nie daje się wyspać. Jeśli kiedyś narzekałam, że się budzi (a wiem, że pisałam o tym bo przeglądałam ostatnio swoje wpisy) to teraz jest jeszcze gorzej. W nocy nie mam siły zwlec się z łóżka. Noce są najgorsze, chodzę jak zombie, w dzień za to funkcjonuje normalnie na pełnych obrotach. Jak dobrze, że w nocy pomaga mi H! Pół roku temu siedziałam na bombie i jak na złość teraz też siedzę a raczej siedzimy tylko na takiej o większej sile rażenia. Jutro już luty… po raz kolejny powtórzę… Jak ten czas leci?!

środa, 25 stycznia 2017

Światełko w tunelu...

Marzec. Miesiąc, w którym natura budzi się do życia. Szarość i zimno powoli odchodzą w cholerę. Dla nas ten miesiąc również będzie przełomowy. Wraz z jego początkiem wyruszymy w drogę po nowe życie i zdrowie dla Filipa. Podnieśliśmy rękawicę i stajemy do walki. Najpierw podróż do Warszawy po Broviaca i na badania, potem już Wrocław, chemia i przeszczep. Podejmujemy walkę, ale i ryzyko, jednak teraz też żyjemy jak na bombie. Najważniejsze, to zrobić wszystko, aby nasze szczęśliwiątko było zdrowe. Ile czasu spędzimy w klinice? Przez kilka tygodni będzie to nasz dom. Dom sterylny, który ma zapewnić bezpieczeństwo naszemu dziecku. 

Tak sobie myślę, że jeśli przetrwam to wszystko… Te minimum dwa miesiące szpitala, te nerwy, badania, chemie i to co się z tym wiąże, to już chyba przetrwam wszystko. Cieszę się, że jest dawca, że mój synek ma tą szansę, aby pozbyć się WASA, ale równocześnie się boję. To będzie koszmarne obciążenie dla psychiki. Wiem, że damy radę, że pokonamy to cholerstwo. Mój synek już udowodnił nam jaki z niego wojownik a mimo to, jedyne czego pragnę to, żeby już było po wszystkim. Póki co mamy swoje światełko w tunelu... 

Jak podróż? Udana. Mało awanturnicza. Jeszcze trochę i takie podróże do Wrocławia to będzie chleb powszedni. Mamy nadzieję, że następnym razem, gdy wyjdziemy tymi samymi drzwiami z kliniki co dzisiaj, to już bez WASA!


wtorek, 24 stycznia 2017

To już jutro...


To już jutro…! Jedziemy na spotkanie z profesorem nad profesorami, jak określają go mamuśki, które powierzyły w jego ręce swoich synków. Co czuję przed tym przełomowym spotkaniem? Strach i podekscytowanie. Dowiemy się jak to wszystko widzi profesor. Jakie są minusy przeszczepu itp. Jutro o tej porze moją głowę nawiedzą nowe myśli. Cieszę się, że coś się zaczyna dziać,  że wreszcie zrobimy jakiś krok naprzód. Wiem też, że będziemy musieli podjąć trudną decyzję, i podjąć walkę o życie, które stworzyliśmy.  

Wiecie co? Za oknem szaro i ponuro. A ja zaczynam tęsknić za latem. Porankami, które witają słońcem a nie ciemnością. Za spacerami po leśnych drogach,  za lekkimi ciuchami a nawet za upałami,  których nienawidzę, gdy już są. Poprzednie lato upłynęło szybko i ociężale. Spacery w ciąży były rzadkością,  kręgosłup bolał, brzuch też a nogi miałam jak ludzik Michelina. Miałam nadzieję, że po porodzie nadrobimy i będziemy sobie spacerować naszymi trasami z wózkiem - tak jak sobie zresztą planowaliśmy. Niestety wyszło inaczej, a spacery były jeszcze rzadsze niż w ciąży. Zamiast spacerować to siedzieliśmy w szpitalach. Jakie będzie to lato, które cały czas jest przed nami? Weźmiemy synka i pójdziemy zbierać moje ulubione chabry (jak co roku)?  Schronimy się w cieniu leśnych drzew, opędzając się od owadów?  Poczujemy beztroskie promienie słońca w niedzielne popołudnie?  A może wieczorem prócz bzyczenia komarów usłyszymy świerszcze? Czy do lata uporamy się z WASem? Czy będziemy już po przeszczepie i czy będzie ok? A może będziemy w trakcie? A może nadal przed?

Pytania i niewiadoma. A w sercu tęsknota za choć chwilą normalności.  

Najpierw jednak czeka nas droga do Wrocławia...Podróż z moją małą marudą, która nie lubi pasów i fotelików.  Co prawda ma już nowy i chyba wygodny,  ale kto nadąży za Fifem?!:-P Zresztą od fotelików i pasów, gorsze są tylko korki i ślamazarna jazda – zdaniem Filipa oczywiście. ;pMam nadzieję, że przetrwamy jutrzejszy dzień w dobrej kondycji psychicznej, a także, że znajdziemy pewnego rodzaju oparcie w profesorze.

piątek, 20 stycznia 2017

Kolejny wypad po płytki...



Ostatnio mam wrażenie, że moje ciało wpija stres jak gąbka wodę. A poziom kryzysowy na skali pojawia się, gdy moja stopa przekracza próg oddziału szpitalnego. Szczególnie, gdy oddział pełen jest chorych dzieci a Filip musi unikać wirusów i całej tej reszty. Wtedy to w żołądku mam jeden wielki supeł... Każdy kaszel słyszany na korytarzu czy w naszej sali przyprawia o dreszcze. I tym razem nie obyło się bez pobytu w szpitalu, płytki znów spadły do 6 tysięcy. Na szczęście, tym razem wystarczyło jedno toczenie, żeby płytki podrosły do 46 tysięcy. Tak więc trochę więcej niż 24 godziny w zamknięciu sali i w stresie... Kolejna morfologia za 3 dni. 

Już drugi raz przyszło mi leżeć na tym samym łóżku i patrzeć w to samo okno. Na tym oddziale oczywiście...Ile jeszcze takich płytkowych pobytów nas czeka?

Przewijając na śpiocha synka wczorajszej nocy (co jest nie lada wyczynem) doszłam do wniosku, że więcej guzików ma tylko ksiądz w sutannie albo nawet nie!Ile to niepotrzebnych guziczków ma takie małe ubranko. To i tak szczęście, że chociaż krój normalny i nóżki można było szybko włożyć w odpowiednie miejsce i po kłopocie, bo przy innym zestawie było by jeszcze trudniej z tym moim wiercipiętą. 

Nocka raczej do spokojnych nie należała... Poprzednie tez... Mój mysiu pysiu ma ostatnio lekki sen albo raczej bardziej lekki niż zwykle :-P. Ciekawe co czeka mnie dziś. Mój mały szefuńcio śpi sobie słodko w swoim łóżeczku a ja mam chwilę na umycie butelek, napisanie notki, przebranie się w piżamę i zaparzenie herbaty, a potem myk do łóżka. Czuje się jak zombie… 

Ostatnio tak wiele się dzieje, że ledwo ogarniam… Filip podbija internet i świat, a My przekonujemy się ilu jest dobrych ludzi na świecie. Wprost nie mogę uwierzyć jak duży jest odzew na nasz apel i pomoc dla naszego szczęśliwiątka! Wszystkim Dziękujemy za dobre serducha!


wtorek, 17 stycznia 2017

1% dla Filipa

Witajcie kochani!

Nowy Rok się zaczął i powoli ruszyła machina zwana PIT-em. Rozliczenia i rozliczenia, często widzicie prośby o przekazanie jednego 1% na jakiś cel bądź osobę. Ja w tym roku też muszę się do Was zgłosić z taką właśnie prośbą… Jeśli zastanawiacie się komu przekazać swój 1% to proszę pomyślcie o nas, a szczególnie o Filipie. Tak więc mój dzisiejszy post to taki trochę apel i prośba o pomoc. Jakąkolwiek, choćby o udostępnienie… Za każdą pomoc będziemy wdzięczni!





czwartek, 12 stycznia 2017

Refleksje podczas usypiania




Usypiając synka do głowy zaświtał mi pomysł na dzisiejszy wpis… Każdego wieczora i każdej nocy (w dzień również, ale wtedy nie ma takiego klimatu) towarzyszy mi taki oto widok. Lulam maluszka, czasem w ciszy czasem nucąc coś i myślę. O czym? O wszystkim. Przez głowę przelatują plany, marzenia, pomysły, troski...Ciało w tym czasie daje znać o zmęczeniu. Myślę także o mijającym właśnie dniu o tym jak bardzo podobny jest do poprzednich. Tak bardzo, że zdarza mi się zapomnieć jaki aktualnie mamy dzień tygodnia. Patrzę na śpiącego w moich ramionach synka i nadal nie mogę uwierzyć, że jeszcze rok temu był we mnie. Był fasolką a jest małym człowieczkiem z charakterem. Zdaję sobie sprawę, że pewnego dnia stanie się dorosłym facetem, który już w moich ramionach się nie zmieści. Rozczulam się, i przeganiając zmęczenie, zdaję sobie sprawę, że to ulotne chwile, intymne, tylko moje i Jego. Oczywiście zadaje sobie również pytanie czy jestem dobrą matką i jaki będzie mój syn w przyszłości. Nie kim zostanie, ale na kogo go wychowamy. 

Zwracam uwagę też na książki, których przybywa, a których nie mam ani czasu ani sił czytać. Zdaję sobie sprawę, że mój drugi blog zdycha i wcale mi z tym dobrze nie jest, bo wiem ile się napracowałam, żeby dojść do tego co teraz mam. No, ale trudno, kiedyś nadrobię zaległości. Uzmysławiam sobie, że kiedyś czytałam o ludzkich problemach, fikcyjnych, bądź realnych, a teraz problemy dogoniły mnie. I to te dużego kalibru. Szczerze? Lepiej się o nich czyta… Najchętniej wzięłabym męża za rękę, synka w ramiona i zakotwiczyła się w którejś z książek...Najlepiej takiej lekkiej i przyjemnej. Byłabym utkaną postacią z literek, miała swój świat zbudowany ze słów, w którym wszystko jest możliwe. 

Bujam się nadal, kontroluję sytuację i odliczam sekundy i minuty, które dzielą mnie od spokoju i snu. Od chwili wytchnienia, która jest tak krótka, że aż żal zasypiać. Obiecuję sobie również, że jutro dam radę, że zrobię coś lepiej oraz, że znajdę siłę na kolejny dzień.

czwartek, 5 stycznia 2017

Słów kilka przed snem...





Wraz z Nowym Rokiem i kolejnymi dniami wyrwanymi z kalendarza mojego macierzyństwa uświadomiłam sobie, że coraz bardziej kocham to moje szczęśliwiątko. Nie jest łatwo, a nawet coraz trudniej, ale moja matczyna miłość rośnie. Oczywiście poziom zmęczenia również. Tym bardziej, że mój syneczek lubi zaskakiwać swoich rodziców i nie wprowadza monotonii w codzienne życie. Kiedyś przesypiał całe noce. Następnie obrał sobie pobudkę między 1 a 3 w nocy. Dwa razy w miesiącu przesypia całe noce. A ostatnio (czyt. choćby wczoraj) więcej nie spał niż spał. Nie ważne, że rodzice chodzą po ścianach, że mamuśkę bolą nogi, kręgosłup, ręce od lulania, noszenia, usypiania...On o godzinie 1 jest wyspany jak po całej nocy (wcześniej obudził się o 23:30 a jeszcze wcześniej coś ok 22) a zasnął o 2:30. I na tym nie koniec atrakcji... Na pytanie: -Czemu nie śpisz synu? Odpowiedzi brak – jest banan na twarzy. By po chwili powiedzieć te swoje aułu, agu, yyy i NIE (to chyba miało oznaczać znane wszystkim NIE BO NIE, tylko póki co wychodzi mu zrozumiale tylko nie). Skoro już zaczyna się tak tłumaczyć to co będzie dalej?! 

Jak widać Filip walczy z nudą, snem i co ważne ze spadającymi płytkami. Tym razem morfologia pokazała 25 tysięcy i dobrą hemoglobinę bo aż ponad 11. Cieszymy się z tego co jest i póki co korzystamy z pobytu w domu. 

Z każdym dniem mój synek pokazuje na co go stać i jak wiele już potrafi. A i mama mu wychodzi ;p! Co prawda nie na zawołanie, a zazwyczaj podczas fali kryzysowej, ale zawsze… Sfrustrowana matka zamienia się chwilowo w zmęczoną matkę… póki co jeszcze zdrową psychicznie, choć co niektórzy po moim wpisie mogę pomyśleć inaczej! Bycie matką to naprawdę ciężka robota… a zapłatą jest najcudowniejszy uśmiech pod słońcem ;)

sobota, 31 grudnia 2016

Sylwestrowe podsumowanie


Tak oto dobrnęliśmy do ostatniego dnia roku... odkąd sięgam pamięcią, zawsze dopadała mnie jakaś melancholia. A może to uciekający czas? Nie ważne co… Zwyczajnie w tym czasie byłam nieswoja. Czy i dziś tak będzie? Pewnie tak. Może rozprawię się z nią/nim już teraz. Jaki był mijający rok? Był jak pchli targ, trochę w nim tego, trochę owego, były momenty, których najchętniej bym się pozbyła, ale i takie przydatne. Był piękny i trudny zarazem. To właśnie w tym roku poznawałam trudy i radości ciąży, poznawałam swoje dzieciątko, szykowałam matczyne gniazdko i stworzyłam z mężem bezpieczną przystań dla naszego maluszka. Staliśmy się prawdziwą rodziną a ja przekonałam się, że cesarskie cięcie nie jest straszne. Na własnej skórze poczułam szczęście i łzy wzruszenia, gdy usłyszałam pierwszy płacz synka i jego śliczną buźkę. Ta chwila trwała Nam tylko kilka godzin, by potem dowiedzieć, się, że nie jest aż tak ok jak miało być. Chwile w szpitalu i rozbuchane hormony dały mi w kość. Jednak to co nadeszło potem prawie zwaliło z nóg. Sama się sobie dziwię, że jeszcze stoję na nogach. Mam wsparcie w mężu, choć życie w stresie łatwe nie jest. Życie w strachu o własne dziecko. Momentów wartych zapamiętania jest dużo, jednak nie wszystkie będę wypisywać, bo te, o których wspominam chwilowo dominują. Ten rok zleciał szybko… Końcówka nie tylko na pobytach w szpitalu, ale także na rodzinnych świętach w gronie rodziny i odkrywania świata z Fifim.

Jaki będzie ten Nowy Rok?

Jedno jest pewne… będzie on naprawdę trudny. Póki co czekamy na dawcę i uzupełniamy płytki. Później stoczymy jeszcze większą bitwę o zdrowie i życie naszego synka. O naszą rodzinę i o nasze szczęście, bo nasze Szczęśliwiątko jest naszym największym szczęściem! Mamy siebie… mamy bliskich i wspaniałe osoby, które też wiedzą co to WAS, strach, ból, złość i bezsilność. W Nowy Rok wkraczamy z podniesionym czołem i splecionymi rękami.

A Wam Wszystkim życzę Szczęśliwego, Zdrowego i jak Najmniej Problemowego Nowego Roku! ;)

sobota, 17 grudnia 2016

Czekam...


Każdego ranka piszę list do Boga,
budując słowo po słowie swoją przemowę.
Przeczyta?
Przemyśli?
Odpowie?

Za każdym razem cisza się kłania.
Po co to robię?
Na co wciąż czekam?
Na dialog! Rozmowę! Odpowiedzi tysiące!
Zrozumienia mi trzeba! Bożego, ludzkiego, swojego!

Każdego wieczora dzwonię do Boga,
podnoszę słuchawkę, wybieram numer...
Dryń!
Dryń!
Czekam, aż coś powie.

Czekam…
Wciąż, czekam...
Sfrustrowana Matka