poniedziałek, 1 maja 2017

Życie w Przylądku Nadziei


Miesiąc i trzy dni...
Tyle czasu minęło odkąd trafiliśmy do Przylądka. Przez ten czas wydarzyło się sporo...

Jesteśmy w miejscu, które jest najlepszym wyborem z możliwych. Decyzję o wyborze Wrocławia podjęliśmy praktycznie od razu. Usłyszeliśmy, że są tutaj świetni specjaliści, a w dodatku wiedzą co to Zespół Wiskotta - Aldricha. Tak więc, nad czym się tu zastanawiać? Kilometry, bo przecież będą częste kontrole, ale to da się pokonać. Grunt, żeby Fifa wyleczyć, bo to on jest w tym wszystkim najważniejszy i dla niego zrobi się wszystko. Przylądek określa się mianem "pensjonatu" ze względu na warunki i faktycznie, nie ma co porównywać ze szpitalami, w których bywaliśmy ostatnio. Nie ukrywajmy, te warunki też są ważne. Nie tak jak specjaliści znający się na rzeczy, ale jednak. Dlaczego? Bo tutaj się mieszka, żyje, egzystuje i co najważniejsze walczy. A to samo w sobie jest cholernie trudne. To jest nasz drugi dom na jakiś konkretny czas.

Tutaj takich ludzi jak my jest wielu. W porównaniu z nimi nasza sytuacja nie jest taka zła. Historie, które mam okazję słyszeć są różne, ale mają wspólny mianownik - choroba, walka i życie inne od wszystkich. Jednak żyjemy sobie z dnia na dzień, pokonujemy trudności, strach, nawiązujemy "przyjaźnie". Rozmawiamy, wspólnie jemy, gotujemy... Mijamy się na korytarzu ze zwykłym "dzień dobry" albo "cześć". Tu żarcik, tam uśmiech i do przodu. Jednak nigdy nie zapominamy o najważniejszym powodzie, dla którego tu jesteśmy. Dla naszych dzieci. Walczymy, aby wygrać ze śmiercią i nie ma co się oszukiwać w tej kwestii. Niestety nie zawsze się to udaje... O czym ostatnio się przekonaliśmy, a najbardziej tata z oddziału, który stracił syna. Dla nas obcych był to szok, cios, a co dopiero dla rodziców. Ten dzień był inny niż zwykle, a zarazem taki sam. Unosił się nad nim cień przegranej walki, odebranej szansy i smutek. Szczególnie dla tych, którzy znali P.

Jedni wyjeżdżają, na ich miejsce przyjeżdżają inni. Po szansę, po zdrowie. Tak toczy się tutaj życie... 

Dla osób, które nie mają chorych dzieci, bądź sami nie są chorzy, takie życie to science fiction. Dla postronnego obserwatora nasze życie to zlepek słów i zdjęć... to coś, co dzieje się obok. To normalne bo sama kiedyś patrząc z boku odbierałam tak samo podobne historie. Mnie one nie dotyczyły, były czymś przykrym, ale jakby działy się w innym świecie. Do czasu, aż sama stałam się bohaterką tego science fiction. Mój synek ma 9 miesięcy...oj czuje je w kościach, nerwach, żołądku... Do tej pory czuje się jakbym siedziała na tykającej bombie i wiem, że tak będzie nadal. Z jednej strony cieszę się wszystkim, a z drugiej boję, że coś pójdzie nie tak. Przykład? Weźmy choćby leukocyty. Zaczęły się pojawiać, a więc radość. Rosły jednak powoli, rozkręcały się kazdego dnia by znów zwolnić. I już panika. Wrecz zawał. Spadek energii. Nie da się nie denerwować. Nie czuć strachu przed przeczytaniem przez lekarza wyników. Tak samo jak nie da sie nie cieszyć ze spaceru! Niby zwyczajna rzecz, a nas cieszy. Gdy na kilka godzin opuszczamy salę i wychodzimy to mamy namiastkę normalności.

Jeśli powiedziałabym, że jest lekko to bym zwyczajnie skłamała. Jest cholernie ciężko. Fifi jak każde dziecko potrafi dać w kość. To taki mały terrorysta, do którego należy ostatnie słowo. Ostatnio zresztą pokazuje rożki... Sama odczuwam zmęczenie, z każdym dniem większe - jestem w końcu tylko człowiekiem. Choć jak każda matka zniosę dużo i muszę regenerować sie ekspresowo. :-P

czwartek, 13 kwietnia 2017

i płacz...

Wczoraj było o śmiechu i jego braku. Dziś będzie o płaczu.
Będąc jeszcze w ciąży natrafiłam na artykuł bądź usłyszałam od kogoś,  że gdy moje dziecko będzie płakać to od razu rozpoznam czy to głód, ból czy jeszcze coś innego. Serio?! Że niby ja taka bystra? Do pewnego momentu twierdziłam, że moje dziecko płacze ciągle na tą samą nutę. Potem jednak były pobrania krwi, nieudane wenflony itp. Tu już na tym etapie byłam pewna,  że zostałam wtajemniczona w ten temat płaczu z bólu. O jakże się myliłam! Cholera do pewnego momentu żyłam w nieświadomości,  półprawdzie, iluzji...

Dzisiejszej nocy zmienił się mój punkt widzenia. Powiem Wam, że 40 minutowe zakładanie wenflonu (kiedyś, bo teraz mamy cudnego broviaca) to pikuś. Ba! Nawet ten 1,5 godzinny płacz z zeszłego tygodnia milej wspominam, a też chodziło o ból i pupę (purpurową, z widocznym brakiem naskórka w dwóch miejscach - chemia zrobiła swoje). Przyznam, że zostałam uprzedzona,  że może być źle i mam zaopatrzyć się w maść. No to miałam zapas, a teraz jeszcze więcej mam wszystkiego od maści Alatan po srebro w sprayu i w opatrunkach. I choć wydaje się, że jest ciut lepiej to lepiej nie jest. Zapewniam, że na takie przygody się nie nastawi nikt.

Wracając do nocy...
Widok kurczącego się z bólu, krzyczącego, zawodzącego i ochrypniętego dziecka jest przygniatający. To uczucie się potęguje,  gdy twój dotyk parzy, a krzyk prawie przypomina zwierzęcy odgłos błagający o litość. Zmiany pieluch, opatrunki, maści i ten płacz w nocnej ciszy...  Dostał dodatkowy lek przeciwbólowy (normalnie dostaje po 2 co 6 godzin).
Ale co może zrobić biedna matka skoro na ręce nie można wziąć bo ból większy,  śpiewanie, głaskanie i głupie gadanie (tonem, który ma uspokoić i pomóc) też nic nie daje?
Stać, patrzeć i zastanawiać się nad tym jak tyłek może aż tak boleć? W dodatku myślisz sobie, że dałaś mu życie, nosiłaś pod sercem, kochałaś od fasolki i od tego momentu dopingowałaś, a teraz patrzysz jak cierpi. Możesz stać i patrzeć, robić z siebie pajaca w wersji żeńskiej i dać dziecku termometr elektroniczny do zabawy, co w połączeniu z lekiem pomogło. Były nocne pogaduchy i wygłupy aż w końcu przyszedł sen. Niestety nie na długo... Najpierw obudził mnie mój sen, w którym mężowi mówiłam, że Filipa coś bolało. A po 2 sekundach znów płacz. Matczyna intuicja?
Leki przeciwbólowe, które powinien dostać o 6:00 i które są silniejsze niż pyralgina dostał już o 5:00. Potem jak zwykle po nich zasnął.

On zasnął, a ja musiałam poczekać do 6:00, żeby zrobić bilans i pomiary. A jeszcze o 6:00 pobranie krwi.
Przez ten czas trochę ochłonełam. Bo wiecie ja jestem choleryk i cholera w jednym. Widać moje emocje, nerwy itp, ale staram się nie płakać, a już na pewno przy kimś. Jednak wtedy miałam ochotę płakać z nim, nad nim... Nie zrobiłam tego, bo on tego nie potrzebuje. Później sobie popłaczę.

Nadal mam przed oczami ból wypisany na jego twarzy. Widoczny w zaspanych oczkach. Swoją bezradność.
Dziś nie będzie zdjęcia Filipa. Jest moje. Matki, która przekonuje się na własnej skórze ile można znieść. Żadne zdjęcie Filipa nie pasuje tu, gdyż zazwyczaj się do nich uśmiecha, a przecież nie będę robić mu fotek jak płacze. Jeszcze mi nie odbiło!

Tej nocy serce matki zaliczyło kilka rys...a przynajmniej z raz pękło...
Ale spokojnie, serce matki jest ogromne!

środa, 12 kwietnia 2017

Śmiech dziecka

Śmiech dzieci to coś, co porywa serce rodzica. Na krótką chwilę niebo się rozjaśnia, a problemy maleją. Wiem z autopsji, że dobry humor mojego dziecia sprawia, że mój też jest dobry. Najbardziej uwielbiam, gdy śmieje się głośno, wtedy jest jeszcze bardziej słodki, beztroski i dziecięcy. Jego oczy się śmieją, policzki i usteczka również. To najpiękniejsza melodia dla moich uszu. Czy może być coś piękniejszego?

Ten radosny jazgot jaki potrafią wydawać z siebie dzieci w różnym wieku jest dostępny na prawie każdym kroku.  Czasem natężenie głosów bywa męczące dla ucha i przyprawia o migrenę, szczególnie jeśli liczba dzieci przekracza 1. Tak czy siak przyzwyczajeni jesteśmy do śmiechu, pisku itp. Centra handlowe, plaże, place zabaw, przedszkola, a nawet szpitalne korytarze. Można powiedzieć,  że słychać je wszędzie. 

Jednak jest miejsce, gdzie panuje cisza. Wiecie nie usłyszycie tego śmiechu, jazgotu i dziecięcego charmidru. Obecnie jestem w takim miejscu...

Oddział przeszczepowy. Zielony. Nowoczesny. Jasny. Sterylny. Ale cichy. Owszem, słychać rozmowy pielęgniarek, lekarzy, studentów... Słychać pikanie sprzętu, rozsuwane drzwi, kroki, ale na korytarzu nie usłyszycie dziecka. Jego śmiechu. Każde ma swoją salę.  Tabliczka przy sali oznajmia wszystkim, kto ją zamieszkuje. Już nie mówiąc o widoku dzieci. Choć te jeszcze sporadycznie widzę,  jak gdzieś idą z rodzicami.
Nie mogę powiedzieć, że dzieci z naszego oddziału nie wiedzą co to śmiech. Wiedzą i pewnie rodzice starają się jak mogą, żeby miały chwilę radości i oddechu od tego koszmaru. Idąc raz korytarzem słyszałam jak mama bawi się z własną pociechą. Miłe dla ucha. 

Jednak to miejsce różni się od innych.  Innych szpitali.  A to nie jest nasz pierwszy szpital więc wiem.

Powiecie, że Filip ma ciągle uśmiech na twarzy! Ma, choć nie ciagle. Jest też płacz, który emanuje bólem. A mnie trafia szlag i dopada strach. Uszy bolą. Nawet nie wiedziałam, że tylek może tak boleć! W takich momentach dziękuję Bogu za każdy uśmiech, dobry dzień,  chwilę jego energię. Wtedy jeszcze bardziej staram się go rozbawić. Wygłupiam się by ujrzeć ten cudny uśmiech, te iskierki w oczach i usłyszeć rechocik.

W tym momencie oboje sobie pomagamy i idziemy dalej.

Wiecie czyj śmiech słychać?  Pielęgniarek! :-)

sobota, 8 kwietnia 2017

Stało się!


Stało się!
Wraz z wybiciem godziny 6:00 nasz syn dostał nowe życie! Można powiedzieć, że narodził się na nowo, a to za sprawą jednej konkretnej osoby. Człowieka, o którym nie wiem nic, nie znam jego nazwiska ani adresu, znam za to jedynie wiek, płeć, kraj pochodzenia i grupę krwi. Tak mało, a zarazem tak wiele. To wszystko i tak nieistotne. Liczy się to, że gdzieś tam w świecie jest ktoś, kto się nie bał…Kto odważył się zostać dawcą i oddał cząstkę siebie akurat mojemu dziecku. Mojemu szczęściu, które nie oszukujmy się, nie pożyłoby za długo bez nowego szpiku. Ja i moja rodzina jesteśmy i będziemy wdzięczni tej osobie do końca życia. Będzie ważnym członkiem naszej egzystencji. Jest częścią Fifa, jest jego bliźniakiem genetycznym…a my możemy mu tylko powiedzieć DZIĘKUJĘ.

Wiecie, tak po ludzku czasem próbuję sobie wyobrazić tego człowieka. To jaki jest, jak wygląda itp. Na samą myśl o Osobie X robi się ciepło na sercu. Po ludzku. Po matczynemu. Po kobiecemu.

Jedna czerwona kroplówka. Woreczek z życiem. Szpik = szansa. To także wzruszenie. Strach i ulga w jednym. Od teraz zacznie się nowy stres. Trudny okres dla organizmu Filipa. Teraz musi zawalczyć jeszcze mocniej i odważniej. Musi zaprzyjaźnić się z nowym przyjacielem.

Droga do dnia dzisiejszego była pełna kamieni, dziur i zakrętów. Prowadziła przez gęsty las, pustkowie, zaludnione chodniki, opuszczone zaułki i cudowne parki. Lało, grzmiało, świeciło słońce, było też mgliście i wietrznie. Ale udało się. We trójkę dotrwaliśmy. Pokonaliśmy cały ten chaos, by być świadkami daru życia. Chwili, która dla jednych nie jest niczym szczególnym, dla innych zwyczajnym zabiegiem, a dla następnych szansą. Jest cudem, ale nie jest końcem walki. Czeka nas jeszcze trudna walka. Nie przestaniemy oglądać kolorowych fartuchów, nie przestaniemy robić badań, dawać Filipowi leków. Nie przestaniemy się bać. Zdajemy sobie sprawę z tego, że trochę potrwa zanim organizm Naszego dziecka wróci na odpowiednie tory. Tak, kiedyś tam będzie dobrze. Dziś już jest w pewien sposób dobrze. Stoimy na starcie i będziemy walczyć dalej. Ze skutkami chemii, przeszczepu...przeciwnościami dnia codziennego. Dziś robimy kolejny krok.
Idziemy naprzód!

wtorek, 4 kwietnia 2017

Stres

Mogę sobie oddychać do woli...
Mogłabym usiąść po środku parku i próbować medytować... Wybrać ławeczkę najmniej uszkodzoną upływającym czasem, warunkami atmosferycznymi czy ludzką głupotą... Wystawić twarz do słońca... Zamknąć oczy...
Wdech, wydech, ptaszki, świeże powietrze...
Mogę też sobie to wyobrazić... Wszystko mogę,  tylko nie mogę pozbyć się stresu! Zasypiam, a on mości się wygodnie w łóżku razem ze mną,  budzę się, a on mi krzyczy do ucha "dzień dobry". Z każdym kolejnym dniem chemii mój żołądek rankiem przypomina coraz to większy supeł.
Moje dziecko nigdy nie miało gorączki.  Nawet zęby wyszły bezobjawowo, a tu nagle jutro może jej dostać. A ty sobie siedź matka i czekaj... Gorączka niby nic...Ale jestem przecież zwyczajną matką, która boi się o własne dziecko. Więc wszelkie atrakcje tego typu mnie martwią. Ba, atrakcji może być wiecej.  I nawet jeśli nie będzie ich jutro to będą później.

Królik... Cholera chyba przestanę lubić króliki.

piątek, 31 marca 2017

...

Bycie matką jest po prostu zadziwiające.  To taka huśtawka, na której bawię się od kilku miesięcy. Dokładnie od ośmiu,  bo dziś moje szczęśliwiątko ma równo tyle. Nie wychodzę z szoku jak ten czas pędzi i to nawet w tej szpitalnej rzeczywistości.  Niby dzień do dnia podobny, a czas ucieka.
Wróćmy jednak do tej huśtawki...
Bo wiecie mój syn jest nie do podrobienia gość. Potrafi rozbawić mnie do łez, wzruszyć i wkurzyć jak mało kto. I to w mgnieniu oka.  Serio.
Najgorsza jest ta jego walka ze snem. Ledwie patrzy na oczy, wygląda jak na haju, głowa opada by za sekundę się podnieść,  bo przecież jeszcze wytrzyma. Piski, jęki, wiercenie się tyłkiem na moich rękach... Pozycja pionowa, pozioma, w łóżku, z mlekiem i bez. A i tak najlepsze są maratony nocne!

Ta szpitalna zawierucha ma swoje plusy.  Nie umyka mi nic z jego rozwoju, a rozwija się z każdym dniem. Może i nawet minutą. Rano oszołomi matkę tym, a wieczorem już czymś innym. Ciekawy świata, spostrzegawczy i wesoły facet.  Facecik, którym zachwycają się wszyscy. Rośnie szybko... Wszystko rośnie, włosy (które zaraz wypadną), paluszki, nóżki, a nawet ząbki (mamy już dwa!).

Tak więc huśtam się na tym zmęczeniu, radości, dumie...
On odkywa świat, a ja odkrywam własne dziecko. I rozpływam się nawet przy trzydziestym buziaku w ciągu doby...
A moja złość mija szybciej niż się pojawiła.

Mały rośnie i się rozwija, a ja w takim tempie huśtawkę zamienię na karuzelę.

Tak podczas tego huśtania bujania, odkryłam, że najpiękniejszym dźwiękiem jest śmiech dziecka! Taki radosny, głośny i dlugi!

niedziela, 12 marca 2017

Dwa światy i kolejny kop w ...


Gapię się w okno i próbuję myśleć. Złapać to, co krąży mi po głowie i zapisać, przelać na wirtualny papier. Wczoraj wieczorem też do późna próbowałam ugryźć ten temat, na próżno. Znowu gap w okno, na łyse jeszcze drzewa, na ptaki, domy i na życie. Życie, które toczy się za oknem, murami szpitala – gdzieś tam. Obok. Być może w innej rzeczywistości – równoległej do mojej, ale zupełnie innej. Kiedyś miałam swoje miejsce po tamtej stronie, a potem nagle obudziłam się tutaj. Ten świat pochłania, wysysa – wszystko, energię, czasem apetyt, spokój, a nawet kolory. Zmienia się kąt widzenia. Wszystko się zmienia. Jeszcze tak niedawno próbowałam żyć w dwóch światach jednocześnie, czepiałam się światła, normalności, codzienności. Teraz utknęłam. W świecie pozornej normalności, dni są tutaj praktycznie identyczne, włóczę się korytarzami, podziemiami, mijam ludzi – takich jak ja. A jedyne kolory, które wpadają do moich oczu to wdzianka szpitalne. Ostatnimi czasy jest ich dość sporo.

Świat, w którym jestem, nie jest bezpieczny. Musimy być czujni, mieć się na baczności i być przygotowani na cios. Nigdy nie wiemy z której strony padnie. Siedem miesięcy, tyle czasu trwa moja przygoda z dwoma światami. Ciosy, przybierają na sile, albo nie, ich częstotliwość jest zwyczajnie większa. Pierwszy cios był po porodzenie… Drugi kilka tygodni później...Następny trzy miesiące później… Tych mniejszych policzków w twarz na otrzeźwienie nie będę wyliczać. Największe ciosy dostały mi się teraz, gdy już zdawało mi się, że czuje powiew tamtego życia. Jeśli jeden wywołał szok, tak drugi prawie powalił na kolana. Zabrakło tchu. Szok wymalował się na twarzy, a wewnętrzny głos krzyczał. Patrzyłam na lekarza, słyszałam co mówi, moja twarz przypominała maskę, nie chciałam mrugnąć, żeby nie płakać. Złość zalała mnie od stóp do głów. Cholera, cholera… Po raz kolejny padło dlaczego.

Zostaliśmy wystawieni do walki. Walki do wolności. Trudnej, cholernie trudnej. Takiej, w której wszystko może się wydarzyć. Podjęliśmy ryzyko. Innego wyjścia nie było, ryzyko i tak i tak jest. Przyszłość to ryzyko. Jutro to ryzyko. I gdy już podciągaliśmy rękawy, rozgrzewaliśmy stawy, dowiedzieliśmy się, że nici z walki o normalność. O życie, Byliśmy o krok od życia. Życia nowego/ starego. Teraz jesteśmy kilka kroków do tyłu… Znowu oszukało nas życie. Bawi się nami jak marionetkami.

Czuję się jak jakiś więzień. Do łączności ze światem mam telefon. Jedna rozmowa, druga… kilka smsów. Czasem Facebook do zabicia nudy, albo z przyzwyczajenia. Powiecie w dobie internetu, androidów itp.? Owszem. Co mi po wiadomościach, skoro moja rzeczywistość odbiega od tej pokazywanej tam. W mojej głowie nie zmieści się gram śmieci z polityki – mam swoją szpitalną. Wojny? Prowadzę swoją. Nie wezmę na barki nic więcej. Dźwigam swój bagaż. Strach, Zmęczenie. Napady smutku. Jedyną ucieczką stanowią książki, to dzięki nim nie zwariowałam w chwilach ciszy, gdy Filip śpi. Tak znów zaczęłam czytać i recenzować.

Powiecie mi, że będzie dobrze? Wiem, że będzie – choć być nie musi i to też musimy brać pod uwagę, bo chyba przygotować się nie da. Ja też zadam pytanie.
Kiedy?
Kiedyś, prawda? Tylko skąd brać siłę? Szpitale jej nie dodają, a wręcz odwrotnie. Uśmiech synka, jego rączki na mojej szyi i to jak się rozwija, potrafią podnieść na duchu, ale na chwilę. Szczególnie w takim momencie jak ten, gdy wali się to co budujesz cegiełka po cegiełce. Zapierdalasz jak mrówka, kładziesz cegłę, lecisz po kolejną, i tak w kółko. Znosisz wysiłek...a tu jebs i nie masz dwóch rzędów.

A teraz garść faktów…

Przeszczepu nie ma. I teraz nie będzie. Ani jutro, ani za tydzień, ani za dwa. We wtorek karetką wracamy do Warszawy. Potrzebny tomograf, bo na wątrobie Filipa coś jest czego jeszcze 2 tygodnie temu nie było. Może to być pierdoła, ale nie musi. Enzymy już zaczęły spadać. Wracamy do przylądka pod koniec kwietnia…oczywiście do tego czasu musi być dobrze. Nie tylko z wątrobą. Teraz poza wątrobą jest dobrze. Jednak Filip jest podatny na wszelkie infekcje i to nie o katar i kaszel mi chodzi tylko. A to grzyb wykryto we krwi, to tam jakąś bakterię to coś tam… Jak widać, nawet pobyt w szpitalu go nie uchronił przed cyrkiem z wątrobą. Leków bierze tyle, a raczej brał przez trzy tygodnie, że nic dziwnego, że ma wątroba dość. Wcale się nie zdziwię też jak domu nie zobaczymy jeszcze przez jakieś 3,5 miesiąca.

Wszystko się przesuwa… Czas...Czas...terminy… badania… stres… strach… niepewność… złość… 

Cała gama emocji. Koktajl, którym się żywimy na co dzień. Z każdym dniem opóźnienia, mojemu dziecku zabierana jest normalność, poczucie bezpieczeństwa, które staramy się mu zapewnić, dom czy nawet rodzina (która w większości go nawet nie miała okazji poznać).

Każdy dzień to walka. Lecz tą walkę, strach o jutro, zmęczenie i kolejne próby podniesienia się z łóżka zrozumie tylko rodzic, który przeszedł to co ja. My. Mieszkaniec świata takiego jak mój. Jedno Wam powiem… Jest cholernie trudno…

Popatrzcie teraz na Wasze dzieci, wnuki… Spróbujcie wpisać je do takiej rzeczywistości… badań, igieł, kroplówek, narkozy, szpitala, wiecznych leków, podawanej krwi lub płytek, ryzyka…

Nie da się… Moja wyobraźnia też kiedyś w tym kierunku nie sięgała. Szpitala bałam się jak ognia, a teraz to on jest moim domem. Moim i mojego dziecka. Dziecka, które teraz powinno być w swoim domu, w swoim łóżeczku i ze swoją rodziną!

Naprawdę uważacie, że nie mam prawda czuć zawodu i złości o to, że nasza szansa się opóźnia? Myślicie, że czekanie prawie dwa miesiące na replay jest łatwe? Jest tak samo trudne jak sam przeszczep.

sobota, 4 marca 2017

Ostatni weekend przed podróżą po NOWE ŻYCIE...


Już za chwilę... bo przecież do wtorku zostało tak niewiele, wyruszymy w podróż do Wrocławia. Karetką z samego rana, po zdrowie, po życie. NOWE. Normalne? Pewnie bardziej normalne niż teraz. Nie oszukujmy się jednak, przeszczep to nie pikuś, to nie zwykła kroplówka, która wpłynie sobie do żyłki i już można iść do domu. To coś o wiele poważniejszego, okraszonego ryzykiem i poprzedzonym chemią. Chemią, która wiadomo jaki ma wpływ na organizm. Pocieszam się, że podobno tak małe dzieci znoszą to lepiej niż reszta. Po przeszczepie też nie od razu chop siup... Posiedzimy sobie trochę w Przylądku... W domu również pewne warunki muszą być zapewnione. Nadal nici z przebywania w tłumie, leki, częste kontrole i pewnie ciągle strach. Strach przed czymkolwiek, morfologią, wybroczynami, powikłaniami, infekcjami... Jednak to później.

Za nami 3 tygodnie spędzone w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Na 10 piętrze. Klinika immunologii póki co zastępuje nam dom. Te 3 tygodnie to tylko badania. Dużo badań. Rezonans, tomograf, EKG, Echo serca, USG, założenie broviaca, posiewy, liczne pobieranie krwi, wizyty u okulisty, laryngologa, neurologa, badania na wirusy i co tam jeszcze. Podawanie płytek po zabiegu, krwi bo hemoglobina spadła od częstych pobrań, podanie albumin. Wizyty chirurga, bo zrobił się krwiak. Strach przed wynikami i leczenie tego co trzeba przed przeszczepem.

Powiem Wam, że czas tak zapieprza, że nie wiem kiedy te 3 tygodnie zleciały. Przed nami najgorsze... Mam nadzieję, że następne też zlecą szczęśliwie szybko.

Cieszę się tylko, że moje szczęśliwiątko tak dobrze to wszystko znosi. Humor jest, energia jest, apetyt jest (8280 na skali wagi). Szkoda tylko, że spać Filip nie lubi... Za to uwielbia wygłupy i ludzi! Radość na widok sprzątaczek nie do opisania. Chyba fajne sprzątaczki mamy... Pozdrawiamy! :-)

Sobota się kończy kołysanką (sama wymyśliłam coś tam kiedyś w akcie desperacji :-P) i miłością jaką potrafi obdarzyć rodzica ta mała istota.

niedziela, 19 lutego 2017

Weekend w szpitalu...


Weekend w szpitalu oznacza spokój. To zwolnienie tempa po tygodniu badań, konsultacji, zabiegów i bieganiny. Czas wtedy płynie inaczej, jakby zwalniał, nagle robi się ciszej (mimo płaczu dzieci), jakoś tak senniej...inaczej. Salę mamy do użytku własnego – bo izolacja. Nikt co chwilę nie wchodzi i niepotrzebnie nie stresuje. Można powiedzieć, że rodzice i dzieci mają wtedy labę. Oczywiście jeśli trzeba podać leki to podają, trzeba zmienić opatrunek to zmieniają, ale wszystko ogranicza się do tego co pilne, cały inny zestaw atrakcji znów zacznie się od poniedziałkowego poranka. W naszym przypadku również…

Leniwy klimat potęguje jeszcze pogoda, ciężka szara i mglista. Mgła przytłacza i otula, tworząc kokon i w jakiś sposób przygniata, a może i nawet wysysa energię. Taka była sobota i to właśnie w takie dni przypominam sobie, że w moich żyłach prócz krwi płynie jeszcze stres. Stres, o którym staram się nie myśleć, do czasu… Aż za moimi plecami nie zacznie skradać się potwór. Ubrany w łachmany, o szpetnej facjacie z wyłupiastymi gałami i długimi szponami. Strachem, zniechęceniem, smutkiem i wściekłością śmierdzi na kilometr. Skąd się bierze? Może z tej mgły… Cholera go wie. Ważne, że jest i chce mnie postawić do pionu. Chce mną zawładnąć i wpędzić w depresję, doła, przygnębienie, otępienie, a może nawet doprowadzić do furii. Z każdą sekundą się zbliża a ja kulę się coraz bardziej. Wychodząc z windy, powłóczę nogami, a oddziałowe barwy przyprawiają o mdłości. Nie mam siły unieść torby z nietkniętą gazetą, z książką czytaną na raty… Idę do celu, do szpitalnej sali. Do izolatki. Do mojego dziecka. Wiem, że muszę być silna, bo każdy tak mówi, bo tego każdy oczekuje, a szczególnie on… Filip. A może on niczego nie oczekuje, prócz miłości? To akurat ma zapewnione. A co siłą? To „MUSZĘ” mnie przygniata…

Bo wiecie, ja nigdy nie byłam przygotowana na takie atrakcje… Nie spodziewałam się takiego łubu - dubu w moim życiu. W NASZYM życiu. Nie wiedziałam, że jestem nosicielem takiego gównianego genu, który ubiera się w niewinną nazwę Zespół Wiskotta – Aldricha (WAS). Facetów u mnie w rodzinie na pęczki… nikt nigdy nic nie zdiagnozował... Więc dlaczego, ja? Dlaczego, mój Filip? Tych „DLACZEGO” jest od cholery, nie przynoszą odpowiedzi, a tylko wściekłość, więc przestałam pytać… Jest jak jest, walczymy, Filip walczy. I to jak walczy! Z uśmiechem!

To, że jest wojownikiem udowodnił już od pierwszych milimetrów swojego istnienia w mojej macicy… Przetrwał moje bóle brzucha, a przy takim obciążeniu genetycznym często dochodzi do poronień. Przetrwał zatrucie wód płodowych, dużą małopłytkowość...pojawił się jako cudny wymoczek i walczył dalej z płytkami, a raczej o płytki. Pożerał antybiotyki, sterydy, immunoglobuliny, a w międzyczasie mleko. Teraz walczy jeszcze silniej, o życie… normalne… bo jeśli się wszystko uda…

„To już nie doraźne, na chwilę, opanowanie sytuacji, ale wyleczenie. Szansa na pierwszy dzień w szkole, Pierwszą Komunię, czas na rozwijanie pasji, motylki w brzuchu, dorosłość...”

Dochodzę do sali z moim bagażem (tym na ramieniu i tym na plecach) i widzę moje szczęśliwiątko. Cudo z dużymi oczkami, w których jest nieopisana radość i ten uśmiech, który przegania nawet mgłę. Cały wyrywa się do mnie, by się przytulić i dać nawet kilka buziaków. Tak, tych mokrych i niezdarnych… A ze mnie spada cały ten smutny szajs...to MUSZĘ już nie ciąży i uśmiecham się jak głupia. Ta moje fasolka wyrosła na człowieczka, który jest Naszym promyczkiem w szarościach dnia codziennego.

Sytuacja opanowana… do czasu, aż nie zostanę sama z myślami i z potworem…

Wtedy jednak przypominam sobie ten uśmiech i wiem, że będzie dobrze. Musi być…skoro on walczy to i ja muszę. Więc biorę oddech , walę w pysk potwora… odpełza w cholerę…

Szanowni Państwo, można kochać z każdym dniem bardziej?! Otóż można! Ja kocham!

I tak jeszcze na koniec. Chcemy z całego serducha podziękować wszystkim za każde słowa wsparcia i otuchy!

czwartek, 16 lutego 2017

Co czuje matka...?


Co czuję matka na myśl, że za kilka godzin jej dziecko trafi na salę operacyjną? Na myśl, że po raz kolejny w tym tygodniu zostanie uśpione?  Lekki niepokój,  który jest zwiastunem czegoś odległego jeszcze. Lecz z każdą kolejną godziną dociera do niej, że to małe idealne ciałko zostanie naruszone. Będzie bogatsze o kabelek. Kabelek, który jest potrzebny i który zaoszczędzi mu bólu.

Co czuję matka, gdy planowana godzina zabiegu się przeciąga, a dziecko jest na samych kroplówkach ósmą już godzinę?  Bezsilność. Bo co może zrobić? Nic. Cholera ją trafia, bo widzi zmęczenie swojego dziecka. Wie, że dobry humor synka szlag trafił. Tu krew pobierają,  tam płytki dają a za chwilę kroplówka (to już trzecia?!). Zmęczenie miesza się ze stresem… coraz większym. Co może zrobić matka w takiej sytuacji? Być i odwracać uwagę… No i nie zwariować.

Co czuję matka,  gdy o 20:20 wiezie swoje 6 miesięczne dziecko na salę operacyjną?  Ma zawał.  Żołądek skurczony, w tamtym momencie przypomina śliwkę, zresztą podobnie jak serce. Oczy wilgotne i uśmiech na twarzy.  Przynajmniej jego krzywa imitacja. I żal, gdy musi go zostawić. 

Co czuję matka czekając pod blokiem operacyjnym? Napięcie bo za jakiś czas znów wejdzie na salę wybudzeń do swojego maluszka.  Po raz kolejny zobaczy swoją bezbronną kruszynkę, która jest na haju. Co robi jeszcze? Tłumi emocje, popija kawę i piszę posta. Może dziś równie szybko wybudzi się jak wczoraj?

Co czuje ojciec? Zapewne to samo. Ale nie powie,  mimo że jest tuż obok. Wiadomo facet, w dodatku skryty facet,ale mi wystarczy to, że jest. Jest, a ja jestem wdzięczna... Bo siedzi tuż obok i pomaga dźwigać mi nasz ciężar. Udowadnia, że Filip nie mógł mieć lepszego ojca, a ja męża.

Wiecie co jest cudowne? Ta silna dłoń mężczyzny głaszcząca małą główkę dziecka… Widok bezcenny!

wtorek, 7 lutego 2017

Cała prawda o Złym Strachu...


"Strach jest ze mną codziennie. Budzę się z nim, zasypiam, robię sobie z nim herbatę, kawę sobie robię i nawet myć się z nim idę. Tak mają rodzice dzieci chorych, bo stać może się wszystko. A może zawsze może stać się wszystko tyle, że my zdajemy sobie z tego sprawę. Ta świadomość może niszczyć, ale może też podnieść tak jak w życiu nie podniosło wcześniej nic." 


Żeby nie było...to nie są moje słowa. To cytat, z tekstu na który trafiłam dzięki Ninie i Anecie. Zwyczajne udostępnienie na fejsie i człowiek trafia na coś mądrego. Sama bym pewnie nie trafiła na tę stronę, albo jeśli już to z niezłym opóźnieniem,  bo ostatnio nie mam czasu na wędrówki po internecie. Wracając do tekstu...  Odzwierciedla on całkowicie to co czuję... Pokazuje jakim przeciwnikiem jest strach, a konkretnie jakim jest cieniem rodzica,  który ma chore dziecko.  A ja mam chore dziecko.  I strach też mam za plecami. Cholera, nawet kawa nie smakuje z nim dobrze. Nic z nim nie jest takie jakie być powinno.  Lepiej nie napisałabym o naszej rzeczywistości niż autorka powyższych słów. Tak to wygląda i idealnie zostało wpisane w zlepek liter. Wiecie co? Obawiam się,  że ten strach nie zniknie nigdy. Nawet jeśli będzie wielkości znaczka pocztowego i przyklei się gdzieś z tyłu zakurzonej szafy bądź ugrzęźnie w pajęczynie. Zawsze będzie się czaił gdzieś w pobliżu. Bo przecież już raz się coś przytrafiło...  

Im bliżej wyjazdu, tym strach staje się większy. Możecie to sobie łatwo wyobrazić...Tak jak w kreskówkach. Nagle nad dobrym głównym bohaterem wyrasta ta wielka z groźną miną. A ta mała kuli się jeszcze bardziej i zaczyna drżeć. Tak to wygląda... 

 Jest jeszcze jeden cytat: 

"Uświadomiłam sobie: pesymizmem, załamaniem, dołem nie pomogę dziecku. Ona potrzebuje siły, mocy. I w końcu to ona walczy ze swoim organizmem– nie ja. Optymizm to kwestia samodyscypliny. Budzę się rano i myślę: „O nie, dziś będzie dobry dzień”. Nie zawsze mi wychodzi, ale pracuję. Wiem na pewno, że się da." 

Dobra rada...co nie?!  

No i jeszcze jedno (kradnę, zabieram, pożyczam)… Moje dziecko nie choruje, Ono zdrowieje Proszę Państwa! I tego się trzymajmy… A tymczasem jutro lecimy znów po zapas płytek…

*Cytaty pochodzą z bloga i profilu Matko Jedyna na FB ;)


wtorek, 31 stycznia 2017

Pół roku już razem...we troje!




Filip ma już pół roku! Równo 6 miesięcy temu,dokładnie kilkanaście minut po 23:00 zostaliśmy rodzicami i poznaliśmy po raz pierwszy naszego synka! Jak ten czas leci?! Jeszcze tak niedawno siedziałam jak na bombie i czekałam, aż zacznie się akcja porodowa,a tu proszę moje szczęśliwiątko jest już takie duże!
Jakie było to półrocze? 
Pouczające. Pełne radości, czułości i miłości. To odkrywanie siebie, siebie w roli matki. Nas w roli rodziców. 
Nie ma co się oszukiwać... Nie zawsze było kolorowo. Bywało,  że ręce opadały, łzy płynęły, szlag mnie trafiał a gniew kipiał. Rola matki jest piękna i wyjątkowa, ale także trudna. Szczególnie jeśli ta mała istotka boryka się z chorobą a szpital to nie tylko budynek, który gdzieś się tam mija. 

Z każdym dniem mój synek się rozwija. Rozczula mnie, szczególnie gdy wyciąga raczki by złapać moją twarz i dać swojego nieudolnego jeszcze buziaka. Te buziaki wychodzą mu coraz lepiej, a ja chętnie korzystam z okazji i się przytulam do mojego dziuńka! ;-)  Ten mój dziuniek czasem też mnie wkurza... Co nie powinno mnie dziwić skoro ma mój charakter i upór po ojcu. To taki słodki terrorysta! ;-)  

"Ile bym dała za jeden dzień tylko dla siebie!" 
A teraz pytanie dla wszystkich matek... Naszła was kiedyś taka myśl? Mnie tak. Co prawda na myśli się skończyło, bo instynkt matki zaczął się od razu buntować!:-P Przyznaje się bez bicia...ostatnio jestem totalnie zmęczona. Filip nie daje się wyspać. Jeśli kiedyś narzekałam, że się budzi (a wiem, że pisałam o tym bo przeglądałam ostatnio swoje wpisy) to teraz jest jeszcze gorzej. W nocy nie mam siły zwlec się z łóżka. Noce są najgorsze, chodzę jak zombie, w dzień za to funkcjonuje normalnie na pełnych obrotach. Jak dobrze, że w nocy pomaga mi H! Pół roku temu siedziałam na bombie i jak na złość teraz też siedzę a raczej siedzimy tylko na takiej o większej sile rażenia. Jutro już luty… po raz kolejny powtórzę… Jak ten czas leci?!