wtorek, 31 stycznia 2017

Pół roku już razem...we troje!




Filip ma już pół roku! Równo 6 miesięcy temu,dokładnie kilkanaście minut po 23:00 zostaliśmy rodzicami i poznaliśmy po raz pierwszy naszego synka! Jak ten czas leci?! Jeszcze tak niedawno siedziałam jak na bombie i czekałam, aż zacznie się akcja porodowa,a tu proszę moje szczęśliwiątko jest już takie duże!
Jakie było to półrocze? 
Pouczające. Pełne radości, czułości i miłości. To odkrywanie siebie, siebie w roli matki. Nas w roli rodziców. 
Nie ma co się oszukiwać... Nie zawsze było kolorowo. Bywało,  że ręce opadały, łzy płynęły, szlag mnie trafiał a gniew kipiał. Rola matki jest piękna i wyjątkowa, ale także trudna. Szczególnie jeśli ta mała istotka boryka się z chorobą a szpital to nie tylko budynek, który gdzieś się tam mija. 

Z każdym dniem mój synek się rozwija. Rozczula mnie, szczególnie gdy wyciąga raczki by złapać moją twarz i dać swojego nieudolnego jeszcze buziaka. Te buziaki wychodzą mu coraz lepiej, a ja chętnie korzystam z okazji i się przytulam do mojego dziuńka! ;-)  Ten mój dziuniek czasem też mnie wkurza... Co nie powinno mnie dziwić skoro ma mój charakter i upór po ojcu. To taki słodki terrorysta! ;-)  

"Ile bym dała za jeden dzień tylko dla siebie!" 
A teraz pytanie dla wszystkich matek... Naszła was kiedyś taka myśl? Mnie tak. Co prawda na myśli się skończyło, bo instynkt matki zaczął się od razu buntować!:-P Przyznaje się bez bicia...ostatnio jestem totalnie zmęczona. Filip nie daje się wyspać. Jeśli kiedyś narzekałam, że się budzi (a wiem, że pisałam o tym bo przeglądałam ostatnio swoje wpisy) to teraz jest jeszcze gorzej. W nocy nie mam siły zwlec się z łóżka. Noce są najgorsze, chodzę jak zombie, w dzień za to funkcjonuje normalnie na pełnych obrotach. Jak dobrze, że w nocy pomaga mi H! Pół roku temu siedziałam na bombie i jak na złość teraz też siedzę a raczej siedzimy tylko na takiej o większej sile rażenia. Jutro już luty… po raz kolejny powtórzę… Jak ten czas leci?!

środa, 25 stycznia 2017

Światełko w tunelu...

Marzec. Miesiąc, w którym natura budzi się do życia. Szarość i zimno powoli odchodzą w cholerę. Dla nas ten miesiąc również będzie przełomowy. Wraz z jego początkiem wyruszymy w drogę po nowe życie i zdrowie dla Filipa. Podnieśliśmy rękawicę i stajemy do walki. Najpierw podróż do Warszawy po Broviaca i na badania, potem już Wrocław, chemia i przeszczep. Podejmujemy walkę, ale i ryzyko, jednak teraz też żyjemy jak na bombie. Najważniejsze, to zrobić wszystko, aby nasze szczęśliwiątko było zdrowe. Ile czasu spędzimy w klinice? Przez kilka tygodni będzie to nasz dom. Dom sterylny, który ma zapewnić bezpieczeństwo naszemu dziecku. 

Tak sobie myślę, że jeśli przetrwam to wszystko… Te minimum dwa miesiące szpitala, te nerwy, badania, chemie i to co się z tym wiąże, to już chyba przetrwam wszystko. Cieszę się, że jest dawca, że mój synek ma tą szansę, aby pozbyć się WASA, ale równocześnie się boję. To będzie koszmarne obciążenie dla psychiki. Wiem, że damy radę, że pokonamy to cholerstwo. Mój synek już udowodnił nam jaki z niego wojownik a mimo to, jedyne czego pragnę to, żeby już było po wszystkim. Póki co mamy swoje światełko w tunelu... 

Jak podróż? Udana. Mało awanturnicza. Jeszcze trochę i takie podróże do Wrocławia to będzie chleb powszedni. Mamy nadzieję, że następnym razem, gdy wyjdziemy tymi samymi drzwiami z kliniki co dzisiaj, to już bez WASA!


wtorek, 24 stycznia 2017

To już jutro...


To już jutro…! Jedziemy na spotkanie z profesorem nad profesorami, jak określają go mamuśki, które powierzyły w jego ręce swoich synków. Co czuję przed tym przełomowym spotkaniem? Strach i podekscytowanie. Dowiemy się jak to wszystko widzi profesor. Jakie są minusy przeszczepu itp. Jutro o tej porze moją głowę nawiedzą nowe myśli. Cieszę się, że coś się zaczyna dziać,  że wreszcie zrobimy jakiś krok naprzód. Wiem też, że będziemy musieli podjąć trudną decyzję, i podjąć walkę o życie, które stworzyliśmy.  

Wiecie co? Za oknem szaro i ponuro. A ja zaczynam tęsknić za latem. Porankami, które witają słońcem a nie ciemnością. Za spacerami po leśnych drogach,  za lekkimi ciuchami a nawet za upałami,  których nienawidzę, gdy już są. Poprzednie lato upłynęło szybko i ociężale. Spacery w ciąży były rzadkością,  kręgosłup bolał, brzuch też a nogi miałam jak ludzik Michelina. Miałam nadzieję, że po porodzie nadrobimy i będziemy sobie spacerować naszymi trasami z wózkiem - tak jak sobie zresztą planowaliśmy. Niestety wyszło inaczej, a spacery były jeszcze rzadsze niż w ciąży. Zamiast spacerować to siedzieliśmy w szpitalach. Jakie będzie to lato, które cały czas jest przed nami? Weźmiemy synka i pójdziemy zbierać moje ulubione chabry (jak co roku)?  Schronimy się w cieniu leśnych drzew, opędzając się od owadów?  Poczujemy beztroskie promienie słońca w niedzielne popołudnie?  A może wieczorem prócz bzyczenia komarów usłyszymy świerszcze? Czy do lata uporamy się z WASem? Czy będziemy już po przeszczepie i czy będzie ok? A może będziemy w trakcie? A może nadal przed?

Pytania i niewiadoma. A w sercu tęsknota za choć chwilą normalności.  

Najpierw jednak czeka nas droga do Wrocławia...Podróż z moją małą marudą, która nie lubi pasów i fotelików.  Co prawda ma już nowy i chyba wygodny,  ale kto nadąży za Fifem?!:-P Zresztą od fotelików i pasów, gorsze są tylko korki i ślamazarna jazda – zdaniem Filipa oczywiście. ;pMam nadzieję, że przetrwamy jutrzejszy dzień w dobrej kondycji psychicznej, a także, że znajdziemy pewnego rodzaju oparcie w profesorze.

piątek, 20 stycznia 2017

Kolejny wypad po płytki...



Ostatnio mam wrażenie, że moje ciało wpija stres jak gąbka wodę. A poziom kryzysowy na skali pojawia się, gdy moja stopa przekracza próg oddziału szpitalnego. Szczególnie, gdy oddział pełen jest chorych dzieci a Filip musi unikać wirusów i całej tej reszty. Wtedy to w żołądku mam jeden wielki supeł... Każdy kaszel słyszany na korytarzu czy w naszej sali przyprawia o dreszcze. I tym razem nie obyło się bez pobytu w szpitalu, płytki znów spadły do 6 tysięcy. Na szczęście, tym razem wystarczyło jedno toczenie, żeby płytki podrosły do 46 tysięcy. Tak więc trochę więcej niż 24 godziny w zamknięciu sali i w stresie... Kolejna morfologia za 3 dni. 

Już drugi raz przyszło mi leżeć na tym samym łóżku i patrzeć w to samo okno. Na tym oddziale oczywiście...Ile jeszcze takich płytkowych pobytów nas czeka?

Przewijając na śpiocha synka wczorajszej nocy (co jest nie lada wyczynem) doszłam do wniosku, że więcej guzików ma tylko ksiądz w sutannie albo nawet nie!Ile to niepotrzebnych guziczków ma takie małe ubranko. To i tak szczęście, że chociaż krój normalny i nóżki można było szybko włożyć w odpowiednie miejsce i po kłopocie, bo przy innym zestawie było by jeszcze trudniej z tym moim wiercipiętą. 

Nocka raczej do spokojnych nie należała... Poprzednie tez... Mój mysiu pysiu ma ostatnio lekki sen albo raczej bardziej lekki niż zwykle :-P. Ciekawe co czeka mnie dziś. Mój mały szefuńcio śpi sobie słodko w swoim łóżeczku a ja mam chwilę na umycie butelek, napisanie notki, przebranie się w piżamę i zaparzenie herbaty, a potem myk do łóżka. Czuje się jak zombie… 

Ostatnio tak wiele się dzieje, że ledwo ogarniam… Filip podbija internet i świat, a My przekonujemy się ilu jest dobrych ludzi na świecie. Wprost nie mogę uwierzyć jak duży jest odzew na nasz apel i pomoc dla naszego szczęśliwiątka! Wszystkim Dziękujemy za dobre serducha!


wtorek, 17 stycznia 2017

1% dla Filipa

Witajcie kochani!

Nowy Rok się zaczął i powoli ruszyła machina zwana PIT-em. Rozliczenia i rozliczenia, często widzicie prośby o przekazanie jednego 1% na jakiś cel bądź osobę. Ja w tym roku też muszę się do Was zgłosić z taką właśnie prośbą… Jeśli zastanawiacie się komu przekazać swój 1% to proszę pomyślcie o nas, a szczególnie o Filipie. Tak więc mój dzisiejszy post to taki trochę apel i prośba o pomoc. Jakąkolwiek, choćby o udostępnienie… Za każdą pomoc będziemy wdzięczni!





czwartek, 12 stycznia 2017

Refleksje podczas usypiania




Usypiając synka do głowy zaświtał mi pomysł na dzisiejszy wpis… Każdego wieczora i każdej nocy (w dzień również, ale wtedy nie ma takiego klimatu) towarzyszy mi taki oto widok. Lulam maluszka, czasem w ciszy czasem nucąc coś i myślę. O czym? O wszystkim. Przez głowę przelatują plany, marzenia, pomysły, troski...Ciało w tym czasie daje znać o zmęczeniu. Myślę także o mijającym właśnie dniu o tym jak bardzo podobny jest do poprzednich. Tak bardzo, że zdarza mi się zapomnieć jaki aktualnie mamy dzień tygodnia. Patrzę na śpiącego w moich ramionach synka i nadal nie mogę uwierzyć, że jeszcze rok temu był we mnie. Był fasolką a jest małym człowieczkiem z charakterem. Zdaję sobie sprawę, że pewnego dnia stanie się dorosłym facetem, który już w moich ramionach się nie zmieści. Rozczulam się, i przeganiając zmęczenie, zdaję sobie sprawę, że to ulotne chwile, intymne, tylko moje i Jego. Oczywiście zadaje sobie również pytanie czy jestem dobrą matką i jaki będzie mój syn w przyszłości. Nie kim zostanie, ale na kogo go wychowamy. 

Zwracam uwagę też na książki, których przybywa, a których nie mam ani czasu ani sił czytać. Zdaję sobie sprawę, że mój drugi blog zdycha i wcale mi z tym dobrze nie jest, bo wiem ile się napracowałam, żeby dojść do tego co teraz mam. No, ale trudno, kiedyś nadrobię zaległości. Uzmysławiam sobie, że kiedyś czytałam o ludzkich problemach, fikcyjnych, bądź realnych, a teraz problemy dogoniły mnie. I to te dużego kalibru. Szczerze? Lepiej się o nich czyta… Najchętniej wzięłabym męża za rękę, synka w ramiona i zakotwiczyła się w którejś z książek...Najlepiej takiej lekkiej i przyjemnej. Byłabym utkaną postacią z literek, miała swój świat zbudowany ze słów, w którym wszystko jest możliwe. 

Bujam się nadal, kontroluję sytuację i odliczam sekundy i minuty, które dzielą mnie od spokoju i snu. Od chwili wytchnienia, która jest tak krótka, że aż żal zasypiać. Obiecuję sobie również, że jutro dam radę, że zrobię coś lepiej oraz, że znajdę siłę na kolejny dzień.

czwartek, 5 stycznia 2017

Słów kilka przed snem...





Wraz z Nowym Rokiem i kolejnymi dniami wyrwanymi z kalendarza mojego macierzyństwa uświadomiłam sobie, że coraz bardziej kocham to moje szczęśliwiątko. Nie jest łatwo, a nawet coraz trudniej, ale moja matczyna miłość rośnie. Oczywiście poziom zmęczenia również. Tym bardziej, że mój syneczek lubi zaskakiwać swoich rodziców i nie wprowadza monotonii w codzienne życie. Kiedyś przesypiał całe noce. Następnie obrał sobie pobudkę między 1 a 3 w nocy. Dwa razy w miesiącu przesypia całe noce. A ostatnio (czyt. choćby wczoraj) więcej nie spał niż spał. Nie ważne, że rodzice chodzą po ścianach, że mamuśkę bolą nogi, kręgosłup, ręce od lulania, noszenia, usypiania...On o godzinie 1 jest wyspany jak po całej nocy (wcześniej obudził się o 23:30 a jeszcze wcześniej coś ok 22) a zasnął o 2:30. I na tym nie koniec atrakcji... Na pytanie: -Czemu nie śpisz synu? Odpowiedzi brak – jest banan na twarzy. By po chwili powiedzieć te swoje aułu, agu, yyy i NIE (to chyba miało oznaczać znane wszystkim NIE BO NIE, tylko póki co wychodzi mu zrozumiale tylko nie). Skoro już zaczyna się tak tłumaczyć to co będzie dalej?! 

Jak widać Filip walczy z nudą, snem i co ważne ze spadającymi płytkami. Tym razem morfologia pokazała 25 tysięcy i dobrą hemoglobinę bo aż ponad 11. Cieszymy się z tego co jest i póki co korzystamy z pobytu w domu. 

Z każdym dniem mój synek pokazuje na co go stać i jak wiele już potrafi. A i mama mu wychodzi ;p! Co prawda nie na zawołanie, a zazwyczaj podczas fali kryzysowej, ale zawsze… Sfrustrowana matka zamienia się chwilowo w zmęczoną matkę… póki co jeszcze zdrową psychicznie, choć co niektórzy po moim wpisie mogę pomyśleć inaczej! Bycie matką to naprawdę ciężka robota… a zapłatą jest najcudowniejszy uśmiech pod słońcem ;)

sobota, 31 grudnia 2016

Sylwestrowe podsumowanie


Tak oto dobrnęliśmy do ostatniego dnia roku... odkąd sięgam pamięcią, zawsze dopadała mnie jakaś melancholia. A może to uciekający czas? Nie ważne co… Zwyczajnie w tym czasie byłam nieswoja. Czy i dziś tak będzie? Pewnie tak. Może rozprawię się z nią/nim już teraz. Jaki był mijający rok? Był jak pchli targ, trochę w nim tego, trochę owego, były momenty, których najchętniej bym się pozbyła, ale i takie przydatne. Był piękny i trudny zarazem. To właśnie w tym roku poznawałam trudy i radości ciąży, poznawałam swoje dzieciątko, szykowałam matczyne gniazdko i stworzyłam z mężem bezpieczną przystań dla naszego maluszka. Staliśmy się prawdziwą rodziną a ja przekonałam się, że cesarskie cięcie nie jest straszne. Na własnej skórze poczułam szczęście i łzy wzruszenia, gdy usłyszałam pierwszy płacz synka i jego śliczną buźkę. Ta chwila trwała Nam tylko kilka godzin, by potem dowiedzieć, się, że nie jest aż tak ok jak miało być. Chwile w szpitalu i rozbuchane hormony dały mi w kość. Jednak to co nadeszło potem prawie zwaliło z nóg. Sama się sobie dziwię, że jeszcze stoję na nogach. Mam wsparcie w mężu, choć życie w stresie łatwe nie jest. Życie w strachu o własne dziecko. Momentów wartych zapamiętania jest dużo, jednak nie wszystkie będę wypisywać, bo te, o których wspominam chwilowo dominują. Ten rok zleciał szybko… Końcówka nie tylko na pobytach w szpitalu, ale także na rodzinnych świętach w gronie rodziny i odkrywania świata z Fifim.

Jaki będzie ten Nowy Rok?

Jedno jest pewne… będzie on naprawdę trudny. Póki co czekamy na dawcę i uzupełniamy płytki. Później stoczymy jeszcze większą bitwę o zdrowie i życie naszego synka. O naszą rodzinę i o nasze szczęście, bo nasze Szczęśliwiątko jest naszym największym szczęściem! Mamy siebie… mamy bliskich i wspaniałe osoby, które też wiedzą co to WAS, strach, ból, złość i bezsilność. W Nowy Rok wkraczamy z podniesionym czołem i splecionymi rękami.

A Wam Wszystkim życzę Szczęśliwego, Zdrowego i jak Najmniej Problemowego Nowego Roku! ;)

sobota, 17 grudnia 2016

Czekam...


Każdego ranka piszę list do Boga,
budując słowo po słowie swoją przemowę.
Przeczyta?
Przemyśli?
Odpowie?

Za każdym razem cisza się kłania.
Po co to robię?
Na co wciąż czekam?
Na dialog! Rozmowę! Odpowiedzi tysiące!
Zrozumienia mi trzeba! Bożego, ludzkiego, swojego!

Każdego wieczora dzwonię do Boga,
podnoszę słuchawkę, wybieram numer...
Dryń!
Dryń!
Czekam, aż coś powie.

Czekam…
Wciąż, czekam...
Sfrustrowana Matka

środa, 14 grudnia 2016

Cisza


Zapomniałam jak smakuje cisza. Zapomniałam jak brzmi cisza. Taka prawdziwa, domowa, która chowa się po kątach, a może raczej obija o nasze kąty. Ostatni raz mogłam zakosztować jej w czerwcu. Pewnego poranka, gdy o świcie piłam mleko w drzwiach balkonowych. Byłam wtedy sama. Teściów nie było, mąż miał dopiero wrócić z nocki. Byłam tylko ja, Filip w brzuszku i szynszyla. No i oczywiście Ona - cisza.

Dziś znów zatonęłam w ciszy, tym razem w półmroku popołudnia. Znów byłam sama. Filip spał. Szynszyla też mi towarzyszyła. W uszach dźwięczała cisza, taka prawdziwa z odgłosami gdzieś w tle. Tu telewizor u któregoś z sąsiadów, tam gdzieś pies szczekał a ja siedzę na kanapie i patrzę w okno. Latarnia swoim światłem wprasza się i przypomina inną. Nagle przeniosłam się do rodzinnego domu. Do mojej kuchni. Znajomego półmroku i znajomego widoku z okna, także z latarnią na pierwszym planie.

Jak smakuje cisza? Jak brzmi w zmęczonych uszach? WYBORNIE!

Już zapomniałam jaka to rozkosz dla zmysłów...

Dziś tak trochę melancholijnie :-) Sfrustrowana matka wydarła chwilę tylko dla siebie! Brawo ja!

niedziela, 11 grudnia 2016

Pierwsza choinka...


Tak, zgadza się... Dobrze widzicie…Choinka zawitała również u mnie. Odbiło mi? Możecie się zastanawiać czy przypadkiem tak nie jest, bo jeszcze kilka dni temu chciałam wszystkie podpalić, a może myślicie, że ogarnął mnie jakiś nagły nastrój świąteczny? Na oba pytania odpowiem: nie. Mamusia chciała synkowi sprawić frajdę. Chciałam, żeby miał swoją pierwszą w życiu choinkę, te lampeczki, bombeczki i igiełeczki (nawet jeśli w tym roku sztuczne, a choinka wielkości Fifa). Nie mogło się też obyć bez pamiątkowego zdjęcia. W końcu jestem jak wszystkie inne matki… mam świra na punkcie swojego dziecka, choć ono potrafi dać mi nieźle w kość. Czyli normalka.

„[…] czasem nie jest łatwo i słodko być matką, czasem macierzyństwo jest jak ten pryszcz na nosie modelki: wkurza i przeszkadza, ale co z tego, skoro jest tylko drobną niedogodnością, która pojawia się czasami i znika. Jest niczym przy ogromie piękna, jakie niesie ze sobą macierzyństwo.”

Co u nas? Powiem, że życie na pełnej petardzie (to co to będzie jak będzie przeszczep? Rakieta?) Nadal rozkoszujemy się domem. Ja oczywiście siedzę jak na bombie i panikuję przed kolejnym szpitalem. A maluda? Powinno być raczej maruda. Po powrocie do domu mu się to i owo pozmieniało. Teraz testuje swoje nowe rytuały i cierpliwość rodziców. A ja łapię krótkie fragmenty normalności. Choinka mruga, w tle muzyka, a na łóżku nasza trójka. Filip słodko śpi między nami, a my...każde zatopione w swoim świecie. Ja wyłączyłam wszystkie stresujące myśli: chorobę, szpitale, płytki, wybroczyny, zagrożenia itp… było tylko tu i teraz. Tylko ta jedna chwila. Czas stanął w miejscu… Normalna rodzinka w normalnym życiu. Chociaż na co dzień żyjemy w alternatywnej rzeczywistości to jednak takie chwile są bezcenne. I przyjemne...bo aż sama zasnęłam obok moich chłopaków.

„Czasem Bazylia zastanawiała się, dlaczego kobietom w ciąży proponuje się szkoły rodzenia, a nie kursy negocjacji. W końcu łatwiej albo trudniej, szybciej albo wolniej, ale każda „ciężarówka” urodzi. Tak wymyśliła natura. Trudności przychodzą później, kiedy dziecko jest już na świecie […]. Jak się okazuje, młody człowiek w drugim roku życia wykazuje niezwykłe umiejętności w zakresie wymuszania, asertywności, mobbingu, a nawet jest skłonny do aktów represji, tyranii, wyzysku czy terroru. Toteż strona przeciwna, czyli matka, musi nie dość że poznać wszystkie taktyki małego przywódcy – a trzeba pamiętać, że ten wymyśla co rusz nowe i ćwiczy je w rozmaitych kombinacjach – to jeszcze musi opanować sztukę pokojowego radzenia sobie z nimi. Macierzyństwo wymaga znajomości technik negocjacyjnych najnowszych lotów.”

Przed porodem miałam okazję czytać bardzo fajną książkę "Trup na trzepaku" Konstancji Nowickiej, a dziś mi się to i owo przypomniało na temat dzieci. Już wtedy coś mnie drgnęło i owe fragmenty zapisały mi się w pamięci, a teraz stwierdzam, że mają w sobie sporo racji. Mój dzieć ma dopiero cztery miesiące z haczkiem a już sporo opanował, to aż strach się bać co będzie, gdy przekroczy magiczną granicę dwóch lat! Mamuśki strzeżcie się! A swoją drogą, gdzie czas, gdy mogłam sobie poczytać… teraz nawet nie korzystam zbytnio z tej okazji, gdy Filip śpi. Coraz trudnej mi się chyba skupić...

niedziela, 4 grudnia 2016

Grudzień zawitał...



Wraz z pojawieniem się grudnia w kalendarzu, w Warszawie pojawiła się zima. Nie można jej określić mianem stulecia, ale jest, a pierwszego poranka było naprawdę biało. W hotelowym holu, na oddziale w szpitalu, wszędzie dookoła święta. Świat oszalał! Choinki, ozdoby i Mikołaj odwiedzający dzieci w szpitalu. Trochę się pośpieszył, ale dzieci wiele a 6 grudnia jest jeden więc musiał zacząć od choruszków. ;) Do Filipa też trafił prezent i to całkiem spory. Pluszaki, książeczki, kolorowanka itp. Wiem, że jest jeszcze malutki, ale zabawki nie zając nie uciekną a z kolorowanki mamusia się ucieszy i zaraz się odstresuje. Od zawsze lubiłam kolorować… Pod koniec listopada również dzieciaki dostawały upominki. Pluszowe zabawki od dzieciaków/młodzieży poprzebieranej za coś tam. Podobno był dzień misia czy jakoś tak – kremowy miś u góry zdjęcia trafił wtedy do Fifa. Jakby nie patrzeć miłe gesty, co prawda mój synuś jeszcze nie czai co się dzieje, ale inne dzieciaki mają frajdę a i mojemu pamiątki zostaną. W końcu szpitalnego epizodu z życia nie wymażemy. 



Tak więc wszędzie rodzi się klimat świąteczny. Jednak ja tego w tym roku nie czuje. Nie umiem się cieszyć zbliżającymi się świętami. W moich uszach zamiast świątecznych hitów, króluje Indila i jej „Derniere danse” i to tak głośno jak się da (dziś moja noc w hotelu a do tego słuchawki pod ręką i w uszach). Wyjdę na wariatkę jeśli napiszę, że mam ochotę podpalić te świecące choinki, które na każdym kroku atakują mój zmysł wzroku? Moje myśli. I przywołują brutalną codzienność, bo przecież nie mam pewności, że święta spędzimy w domu, przy wigilijnym stole, łamiąc się opłatkiem i jak co roku jadąc do mojej rodzinki po kolacji. Spadające płytki, wybroczyny i krew mnie terroryzują. A przecież te święta miały być najpiękniejsze… Już niedługo wybiję północ. W kalendarzu pojawi się 5 grudnia. To właśnie tego dnia dostałam najpiękniejszy prezent mikołajkowy w życiu. Rok temu na teście ciążowym pojawiły się dwie kreseczki. A ja tym samym mogłam ofiarować cudny prezent mojemu ukochanemu mężowi. Od tamtej pory w moich oczach jest tatą. Pamiętam jego minę, nasze podniecenie i tajemnicę, bo tak cudną nowinę (potwierdzoną przez lekarza i usg) zostawiliśmy najbliższym jako dodatkowy prezent gwiazdkowy. A teraz równo rok od tamtego czasu moje cudo leży w szpitalnym łóżku i póki co może zapomnieć o normalnym dzieciństwie. A ja marze o innym prezencie… O dawcy, który szybko się odnajdzie. Dziś na oddziale panowała leniwa niedziela. Więc ogólnie luzik i spokój. No nic, prędzej czy później będę musiała pomyśleć o kilku upominkach… A teraz skorzystam z kolorowanki i kredek Filipa! Na chwilę znów stanę się dzieckiem i przeniosę do świata kolorów! A potem skorzystam z wygodnego, hotelowego wyrka.