Droga do dnia dzisiejszego była pełna kamieni, dziur i zakrętów. Prowadziła przez gęsty las, pustkowie, zaludnione chodniki, opuszczone zaułki i cudowne parki. Lało, grzmiało, świeciło słońce, było też mgliście i wietrznie. Ale udało się. We trójkę dotrwaliśmy. Pokonaliśmy cały ten chaos, by być świadkami daru życia. Chwili, która dla jednych nie jest niczym szczególnym, dla innych zwyczajnym zabiegiem, a dla następnych szansą. Jest cudem, ale nie jest końcem walki. Czeka nas jeszcze trudna walka. Nie przestaniemy oglądać kolorowych fartuchów, nie przestaniemy robić badań, dawać Filipowi leków. Nie przestaniemy się bać. Zdajemy sobie sprawę z tego, że trochę potrwa zanim organizm Naszego dziecka wróci na odpowiednie tory. Tak, kiedyś tam będzie dobrze. Dziś już jest w pewien sposób dobrze. Stoimy na starcie i będziemy walczyć dalej. Ze skutkami chemii, przeszczepu...przeciwnościami dnia codziennego. Dziś robimy kolejny krok.
sobota, 8 kwietnia 2017
Stało się!
Droga do dnia dzisiejszego była pełna kamieni, dziur i zakrętów. Prowadziła przez gęsty las, pustkowie, zaludnione chodniki, opuszczone zaułki i cudowne parki. Lało, grzmiało, świeciło słońce, było też mgliście i wietrznie. Ale udało się. We trójkę dotrwaliśmy. Pokonaliśmy cały ten chaos, by być świadkami daru życia. Chwili, która dla jednych nie jest niczym szczególnym, dla innych zwyczajnym zabiegiem, a dla następnych szansą. Jest cudem, ale nie jest końcem walki. Czeka nas jeszcze trudna walka. Nie przestaniemy oglądać kolorowych fartuchów, nie przestaniemy robić badań, dawać Filipowi leków. Nie przestaniemy się bać. Zdajemy sobie sprawę z tego, że trochę potrwa zanim organizm Naszego dziecka wróci na odpowiednie tory. Tak, kiedyś tam będzie dobrze. Dziś już jest w pewien sposób dobrze. Stoimy na starcie i będziemy walczyć dalej. Ze skutkami chemii, przeszczepu...przeciwnościami dnia codziennego. Dziś robimy kolejny krok.
wtorek, 4 kwietnia 2017
Stres
Mogę sobie oddychać do woli...
Mogłabym usiąść po środku parku i próbować medytować... Wybrać ławeczkę najmniej uszkodzoną upływającym czasem, warunkami atmosferycznymi czy ludzką głupotą... Wystawić twarz do słońca... Zamknąć oczy...
Wdech, wydech, ptaszki, świeże powietrze...
Mogę też sobie to wyobrazić... Wszystko mogę, tylko nie mogę pozbyć się stresu! Zasypiam, a on mości się wygodnie w łóżku razem ze mną, budzę się, a on mi krzyczy do ucha "dzień dobry". Z każdym kolejnym dniem chemii mój żołądek rankiem przypomina coraz to większy supeł.
Moje dziecko nigdy nie miało gorączki. Nawet zęby wyszły bezobjawowo, a tu nagle jutro może jej dostać. A ty sobie siedź matka i czekaj... Gorączka niby nic...Ale jestem przecież zwyczajną matką, która boi się o własne dziecko. Więc wszelkie atrakcje tego typu mnie martwią. Ba, atrakcji może być wiecej. I nawet jeśli nie będzie ich jutro to będą później.
Królik... Cholera chyba przestanę lubić króliki.
piątek, 31 marca 2017
...
Bycie matką jest po prostu zadziwiające. To taka huśtawka, na której bawię się od kilku miesięcy. Dokładnie od ośmiu, bo dziś moje szczęśliwiątko ma równo tyle. Nie wychodzę z szoku jak ten czas pędzi i to nawet w tej szpitalnej rzeczywistości. Niby dzień do dnia podobny, a czas ucieka.
Wróćmy jednak do tej huśtawki...
Bo wiecie mój syn jest nie do podrobienia gość. Potrafi rozbawić mnie do łez, wzruszyć i wkurzyć jak mało kto. I to w mgnieniu oka. Serio.
Najgorsza jest ta jego walka ze snem. Ledwie patrzy na oczy, wygląda jak na haju, głowa opada by za sekundę się podnieść, bo przecież jeszcze wytrzyma. Piski, jęki, wiercenie się tyłkiem na moich rękach... Pozycja pionowa, pozioma, w łóżku, z mlekiem i bez. A i tak najlepsze są maratony nocne!
Ta szpitalna zawierucha ma swoje plusy. Nie umyka mi nic z jego rozwoju, a rozwija się z każdym dniem. Może i nawet minutą. Rano oszołomi matkę tym, a wieczorem już czymś innym. Ciekawy świata, spostrzegawczy i wesoły facet. Facecik, którym zachwycają się wszyscy. Rośnie szybko... Wszystko rośnie, włosy (które zaraz wypadną), paluszki, nóżki, a nawet ząbki (mamy już dwa!).
Tak więc huśtam się na tym zmęczeniu, radości, dumie...
On odkywa świat, a ja odkrywam własne dziecko. I rozpływam się nawet przy trzydziestym buziaku w ciągu doby...
A moja złość mija szybciej niż się pojawiła.
Mały rośnie i się rozwija, a ja w takim tempie huśtawkę zamienię na karuzelę.
Tak podczas tego huśtania bujania, odkryłam, że najpiękniejszym dźwiękiem jest śmiech dziecka! Taki radosny, głośny i dlugi!
niedziela, 12 marca 2017
Dwa światy i kolejny kop w ...
sobota, 4 marca 2017
Ostatni weekend przed podróżą po NOWE ŻYCIE...
niedziela, 19 lutego 2017
Weekend w szpitalu...
czwartek, 16 lutego 2017
Co czuje matka...?
Co czuję matka na myśl, że za kilka godzin jej dziecko trafi na salę operacyjną? Na myśl, że po raz kolejny w tym tygodniu zostanie uśpione? Lekki niepokój, który jest zwiastunem czegoś odległego jeszcze. Lecz z każdą kolejną godziną dociera do niej, że to małe idealne ciałko zostanie naruszone. Będzie bogatsze o kabelek. Kabelek, który jest potrzebny i który zaoszczędzi mu bólu.
Co czuję matka, gdy planowana godzina zabiegu się przeciąga, a dziecko jest na samych kroplówkach ósmą już godzinę? Bezsilność. Bo co może zrobić? Nic. Cholera ją trafia, bo widzi zmęczenie swojego dziecka. Wie, że dobry humor synka szlag trafił. Tu krew pobierają, tam płytki dają a za chwilę kroplówka (to już trzecia?!). Zmęczenie miesza się ze stresem… coraz większym. Co może zrobić matka w takiej sytuacji? Być i odwracać uwagę… No i nie zwariować.
Co czuję matka, gdy o 20:20 wiezie swoje 6 miesięczne dziecko na salę operacyjną? Ma zawał. Żołądek skurczony, w tamtym momencie przypomina śliwkę, zresztą podobnie jak serce. Oczy wilgotne i uśmiech na twarzy. Przynajmniej jego krzywa imitacja. I żal, gdy musi go zostawić.
Co czuję matka czekając pod blokiem operacyjnym? Napięcie bo za jakiś czas znów wejdzie na salę wybudzeń do swojego maluszka. Po raz kolejny zobaczy swoją bezbronną kruszynkę, która jest na haju. Co robi jeszcze? Tłumi emocje, popija kawę i piszę posta. Może dziś równie szybko wybudzi się jak wczoraj?
Co czuje ojciec? Zapewne to samo. Ale nie powie, mimo że jest tuż obok. Wiadomo facet, w dodatku skryty facet,ale mi wystarczy to, że jest. Jest, a ja jestem wdzięczna... Bo siedzi tuż obok i pomaga dźwigać mi nasz ciężar. Udowadnia, że Filip nie mógł mieć lepszego ojca, a ja męża.
Wiecie co jest cudowne? Ta silna dłoń mężczyzny głaszcząca małą główkę dziecka… Widok bezcenny!
wtorek, 7 lutego 2017
Cała prawda o Złym Strachu...
wtorek, 31 stycznia 2017
Pół roku już razem...we troje!
środa, 25 stycznia 2017
Światełko w tunelu...
wtorek, 24 stycznia 2017
To już jutro...
piątek, 20 stycznia 2017
Kolejny wypad po płytki...
Ostatnio mam wrażenie, że moje ciało wpija stres jak gąbka wodę. A poziom kryzysowy na skali pojawia się, gdy moja stopa przekracza próg oddziału szpitalnego. Szczególnie, gdy oddział pełen jest chorych dzieci a Filip musi unikać wirusów i całej tej reszty. Wtedy to w żołądku mam jeden wielki supeł... Każdy kaszel słyszany na korytarzu czy w naszej sali przyprawia o dreszcze. I tym razem nie obyło się bez pobytu w szpitalu, płytki znów spadły do 6 tysięcy. Na szczęście, tym razem wystarczyło jedno toczenie, żeby płytki podrosły do 46 tysięcy. Tak więc trochę więcej niż 24 godziny w zamknięciu sali i w stresie... Kolejna morfologia za 3 dni.










