niedziela, 12 marca 2017

Dwa światy i kolejny kop w ...


Gapię się w okno i próbuję myśleć. Złapać to, co krąży mi po głowie i zapisać, przelać na wirtualny papier. Wczoraj wieczorem też do późna próbowałam ugryźć ten temat, na próżno. Znowu gap w okno, na łyse jeszcze drzewa, na ptaki, domy i na życie. Życie, które toczy się za oknem, murami szpitala – gdzieś tam. Obok. Być może w innej rzeczywistości – równoległej do mojej, ale zupełnie innej. Kiedyś miałam swoje miejsce po tamtej stronie, a potem nagle obudziłam się tutaj. Ten świat pochłania, wysysa – wszystko, energię, czasem apetyt, spokój, a nawet kolory. Zmienia się kąt widzenia. Wszystko się zmienia. Jeszcze tak niedawno próbowałam żyć w dwóch światach jednocześnie, czepiałam się światła, normalności, codzienności. Teraz utknęłam. W świecie pozornej normalności, dni są tutaj praktycznie identyczne, włóczę się korytarzami, podziemiami, mijam ludzi – takich jak ja. A jedyne kolory, które wpadają do moich oczu to wdzianka szpitalne. Ostatnimi czasy jest ich dość sporo.

Świat, w którym jestem, nie jest bezpieczny. Musimy być czujni, mieć się na baczności i być przygotowani na cios. Nigdy nie wiemy z której strony padnie. Siedem miesięcy, tyle czasu trwa moja przygoda z dwoma światami. Ciosy, przybierają na sile, albo nie, ich częstotliwość jest zwyczajnie większa. Pierwszy cios był po porodzenie… Drugi kilka tygodni później...Następny trzy miesiące później… Tych mniejszych policzków w twarz na otrzeźwienie nie będę wyliczać. Największe ciosy dostały mi się teraz, gdy już zdawało mi się, że czuje powiew tamtego życia. Jeśli jeden wywołał szok, tak drugi prawie powalił na kolana. Zabrakło tchu. Szok wymalował się na twarzy, a wewnętrzny głos krzyczał. Patrzyłam na lekarza, słyszałam co mówi, moja twarz przypominała maskę, nie chciałam mrugnąć, żeby nie płakać. Złość zalała mnie od stóp do głów. Cholera, cholera… Po raz kolejny padło dlaczego.

Zostaliśmy wystawieni do walki. Walki do wolności. Trudnej, cholernie trudnej. Takiej, w której wszystko może się wydarzyć. Podjęliśmy ryzyko. Innego wyjścia nie było, ryzyko i tak i tak jest. Przyszłość to ryzyko. Jutro to ryzyko. I gdy już podciągaliśmy rękawy, rozgrzewaliśmy stawy, dowiedzieliśmy się, że nici z walki o normalność. O życie, Byliśmy o krok od życia. Życia nowego/ starego. Teraz jesteśmy kilka kroków do tyłu… Znowu oszukało nas życie. Bawi się nami jak marionetkami.

Czuję się jak jakiś więzień. Do łączności ze światem mam telefon. Jedna rozmowa, druga… kilka smsów. Czasem Facebook do zabicia nudy, albo z przyzwyczajenia. Powiecie w dobie internetu, androidów itp.? Owszem. Co mi po wiadomościach, skoro moja rzeczywistość odbiega od tej pokazywanej tam. W mojej głowie nie zmieści się gram śmieci z polityki – mam swoją szpitalną. Wojny? Prowadzę swoją. Nie wezmę na barki nic więcej. Dźwigam swój bagaż. Strach, Zmęczenie. Napady smutku. Jedyną ucieczką stanowią książki, to dzięki nim nie zwariowałam w chwilach ciszy, gdy Filip śpi. Tak znów zaczęłam czytać i recenzować.

Powiecie mi, że będzie dobrze? Wiem, że będzie – choć być nie musi i to też musimy brać pod uwagę, bo chyba przygotować się nie da. Ja też zadam pytanie.
Kiedy?
Kiedyś, prawda? Tylko skąd brać siłę? Szpitale jej nie dodają, a wręcz odwrotnie. Uśmiech synka, jego rączki na mojej szyi i to jak się rozwija, potrafią podnieść na duchu, ale na chwilę. Szczególnie w takim momencie jak ten, gdy wali się to co budujesz cegiełka po cegiełce. Zapierdalasz jak mrówka, kładziesz cegłę, lecisz po kolejną, i tak w kółko. Znosisz wysiłek...a tu jebs i nie masz dwóch rzędów.

A teraz garść faktów…

Przeszczepu nie ma. I teraz nie będzie. Ani jutro, ani za tydzień, ani za dwa. We wtorek karetką wracamy do Warszawy. Potrzebny tomograf, bo na wątrobie Filipa coś jest czego jeszcze 2 tygodnie temu nie było. Może to być pierdoła, ale nie musi. Enzymy już zaczęły spadać. Wracamy do przylądka pod koniec kwietnia…oczywiście do tego czasu musi być dobrze. Nie tylko z wątrobą. Teraz poza wątrobą jest dobrze. Jednak Filip jest podatny na wszelkie infekcje i to nie o katar i kaszel mi chodzi tylko. A to grzyb wykryto we krwi, to tam jakąś bakterię to coś tam… Jak widać, nawet pobyt w szpitalu go nie uchronił przed cyrkiem z wątrobą. Leków bierze tyle, a raczej brał przez trzy tygodnie, że nic dziwnego, że ma wątroba dość. Wcale się nie zdziwię też jak domu nie zobaczymy jeszcze przez jakieś 3,5 miesiąca.

Wszystko się przesuwa… Czas...Czas...terminy… badania… stres… strach… niepewność… złość… 

Cała gama emocji. Koktajl, którym się żywimy na co dzień. Z każdym dniem opóźnienia, mojemu dziecku zabierana jest normalność, poczucie bezpieczeństwa, które staramy się mu zapewnić, dom czy nawet rodzina (która w większości go nawet nie miała okazji poznać).

Każdy dzień to walka. Lecz tą walkę, strach o jutro, zmęczenie i kolejne próby podniesienia się z łóżka zrozumie tylko rodzic, który przeszedł to co ja. My. Mieszkaniec świata takiego jak mój. Jedno Wam powiem… Jest cholernie trudno…

Popatrzcie teraz na Wasze dzieci, wnuki… Spróbujcie wpisać je do takiej rzeczywistości… badań, igieł, kroplówek, narkozy, szpitala, wiecznych leków, podawanej krwi lub płytek, ryzyka…

Nie da się… Moja wyobraźnia też kiedyś w tym kierunku nie sięgała. Szpitala bałam się jak ognia, a teraz to on jest moim domem. Moim i mojego dziecka. Dziecka, które teraz powinno być w swoim domu, w swoim łóżeczku i ze swoją rodziną!

Naprawdę uważacie, że nie mam prawda czuć zawodu i złości o to, że nasza szansa się opóźnia? Myślicie, że czekanie prawie dwa miesiące na replay jest łatwe? Jest tak samo trudne jak sam przeszczep.

sobota, 4 marca 2017

Ostatni weekend przed podróżą po NOWE ŻYCIE...


Już za chwilę... bo przecież do wtorku zostało tak niewiele, wyruszymy w podróż do Wrocławia. Karetką z samego rana, po zdrowie, po życie. NOWE. Normalne? Pewnie bardziej normalne niż teraz. Nie oszukujmy się jednak, przeszczep to nie pikuś, to nie zwykła kroplówka, która wpłynie sobie do żyłki i już można iść do domu. To coś o wiele poważniejszego, okraszonego ryzykiem i poprzedzonym chemią. Chemią, która wiadomo jaki ma wpływ na organizm. Pocieszam się, że podobno tak małe dzieci znoszą to lepiej niż reszta. Po przeszczepie też nie od razu chop siup... Posiedzimy sobie trochę w Przylądku... W domu również pewne warunki muszą być zapewnione. Nadal nici z przebywania w tłumie, leki, częste kontrole i pewnie ciągle strach. Strach przed czymkolwiek, morfologią, wybroczynami, powikłaniami, infekcjami... Jednak to później.

Za nami 3 tygodnie spędzone w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Na 10 piętrze. Klinika immunologii póki co zastępuje nam dom. Te 3 tygodnie to tylko badania. Dużo badań. Rezonans, tomograf, EKG, Echo serca, USG, założenie broviaca, posiewy, liczne pobieranie krwi, wizyty u okulisty, laryngologa, neurologa, badania na wirusy i co tam jeszcze. Podawanie płytek po zabiegu, krwi bo hemoglobina spadła od częstych pobrań, podanie albumin. Wizyty chirurga, bo zrobił się krwiak. Strach przed wynikami i leczenie tego co trzeba przed przeszczepem.

Powiem Wam, że czas tak zapieprza, że nie wiem kiedy te 3 tygodnie zleciały. Przed nami najgorsze... Mam nadzieję, że następne też zlecą szczęśliwie szybko.

Cieszę się tylko, że moje szczęśliwiątko tak dobrze to wszystko znosi. Humor jest, energia jest, apetyt jest (8280 na skali wagi). Szkoda tylko, że spać Filip nie lubi... Za to uwielbia wygłupy i ludzi! Radość na widok sprzątaczek nie do opisania. Chyba fajne sprzątaczki mamy... Pozdrawiamy! :-)

Sobota się kończy kołysanką (sama wymyśliłam coś tam kiedyś w akcie desperacji :-P) i miłością jaką potrafi obdarzyć rodzica ta mała istota.

niedziela, 19 lutego 2017

Weekend w szpitalu...


Weekend w szpitalu oznacza spokój. To zwolnienie tempa po tygodniu badań, konsultacji, zabiegów i bieganiny. Czas wtedy płynie inaczej, jakby zwalniał, nagle robi się ciszej (mimo płaczu dzieci), jakoś tak senniej...inaczej. Salę mamy do użytku własnego – bo izolacja. Nikt co chwilę nie wchodzi i niepotrzebnie nie stresuje. Można powiedzieć, że rodzice i dzieci mają wtedy labę. Oczywiście jeśli trzeba podać leki to podają, trzeba zmienić opatrunek to zmieniają, ale wszystko ogranicza się do tego co pilne, cały inny zestaw atrakcji znów zacznie się od poniedziałkowego poranka. W naszym przypadku również…

Leniwy klimat potęguje jeszcze pogoda, ciężka szara i mglista. Mgła przytłacza i otula, tworząc kokon i w jakiś sposób przygniata, a może i nawet wysysa energię. Taka była sobota i to właśnie w takie dni przypominam sobie, że w moich żyłach prócz krwi płynie jeszcze stres. Stres, o którym staram się nie myśleć, do czasu… Aż za moimi plecami nie zacznie skradać się potwór. Ubrany w łachmany, o szpetnej facjacie z wyłupiastymi gałami i długimi szponami. Strachem, zniechęceniem, smutkiem i wściekłością śmierdzi na kilometr. Skąd się bierze? Może z tej mgły… Cholera go wie. Ważne, że jest i chce mnie postawić do pionu. Chce mną zawładnąć i wpędzić w depresję, doła, przygnębienie, otępienie, a może nawet doprowadzić do furii. Z każdą sekundą się zbliża a ja kulę się coraz bardziej. Wychodząc z windy, powłóczę nogami, a oddziałowe barwy przyprawiają o mdłości. Nie mam siły unieść torby z nietkniętą gazetą, z książką czytaną na raty… Idę do celu, do szpitalnej sali. Do izolatki. Do mojego dziecka. Wiem, że muszę być silna, bo każdy tak mówi, bo tego każdy oczekuje, a szczególnie on… Filip. A może on niczego nie oczekuje, prócz miłości? To akurat ma zapewnione. A co siłą? To „MUSZĘ” mnie przygniata…

Bo wiecie, ja nigdy nie byłam przygotowana na takie atrakcje… Nie spodziewałam się takiego łubu - dubu w moim życiu. W NASZYM życiu. Nie wiedziałam, że jestem nosicielem takiego gównianego genu, który ubiera się w niewinną nazwę Zespół Wiskotta – Aldricha (WAS). Facetów u mnie w rodzinie na pęczki… nikt nigdy nic nie zdiagnozował... Więc dlaczego, ja? Dlaczego, mój Filip? Tych „DLACZEGO” jest od cholery, nie przynoszą odpowiedzi, a tylko wściekłość, więc przestałam pytać… Jest jak jest, walczymy, Filip walczy. I to jak walczy! Z uśmiechem!

To, że jest wojownikiem udowodnił już od pierwszych milimetrów swojego istnienia w mojej macicy… Przetrwał moje bóle brzucha, a przy takim obciążeniu genetycznym często dochodzi do poronień. Przetrwał zatrucie wód płodowych, dużą małopłytkowość...pojawił się jako cudny wymoczek i walczył dalej z płytkami, a raczej o płytki. Pożerał antybiotyki, sterydy, immunoglobuliny, a w międzyczasie mleko. Teraz walczy jeszcze silniej, o życie… normalne… bo jeśli się wszystko uda…

„To już nie doraźne, na chwilę, opanowanie sytuacji, ale wyleczenie. Szansa na pierwszy dzień w szkole, Pierwszą Komunię, czas na rozwijanie pasji, motylki w brzuchu, dorosłość...”

Dochodzę do sali z moim bagażem (tym na ramieniu i tym na plecach) i widzę moje szczęśliwiątko. Cudo z dużymi oczkami, w których jest nieopisana radość i ten uśmiech, który przegania nawet mgłę. Cały wyrywa się do mnie, by się przytulić i dać nawet kilka buziaków. Tak, tych mokrych i niezdarnych… A ze mnie spada cały ten smutny szajs...to MUSZĘ już nie ciąży i uśmiecham się jak głupia. Ta moje fasolka wyrosła na człowieczka, który jest Naszym promyczkiem w szarościach dnia codziennego.

Sytuacja opanowana… do czasu, aż nie zostanę sama z myślami i z potworem…

Wtedy jednak przypominam sobie ten uśmiech i wiem, że będzie dobrze. Musi być…skoro on walczy to i ja muszę. Więc biorę oddech , walę w pysk potwora… odpełza w cholerę…

Szanowni Państwo, można kochać z każdym dniem bardziej?! Otóż można! Ja kocham!

I tak jeszcze na koniec. Chcemy z całego serducha podziękować wszystkim za każde słowa wsparcia i otuchy!

czwartek, 16 lutego 2017

Co czuje matka...?


Co czuję matka na myśl, że za kilka godzin jej dziecko trafi na salę operacyjną? Na myśl, że po raz kolejny w tym tygodniu zostanie uśpione?  Lekki niepokój,  który jest zwiastunem czegoś odległego jeszcze. Lecz z każdą kolejną godziną dociera do niej, że to małe idealne ciałko zostanie naruszone. Będzie bogatsze o kabelek. Kabelek, który jest potrzebny i który zaoszczędzi mu bólu.

Co czuję matka, gdy planowana godzina zabiegu się przeciąga, a dziecko jest na samych kroplówkach ósmą już godzinę?  Bezsilność. Bo co może zrobić? Nic. Cholera ją trafia, bo widzi zmęczenie swojego dziecka. Wie, że dobry humor synka szlag trafił. Tu krew pobierają,  tam płytki dają a za chwilę kroplówka (to już trzecia?!). Zmęczenie miesza się ze stresem… coraz większym. Co może zrobić matka w takiej sytuacji? Być i odwracać uwagę… No i nie zwariować.

Co czuję matka,  gdy o 20:20 wiezie swoje 6 miesięczne dziecko na salę operacyjną?  Ma zawał.  Żołądek skurczony, w tamtym momencie przypomina śliwkę, zresztą podobnie jak serce. Oczy wilgotne i uśmiech na twarzy.  Przynajmniej jego krzywa imitacja. I żal, gdy musi go zostawić. 

Co czuję matka czekając pod blokiem operacyjnym? Napięcie bo za jakiś czas znów wejdzie na salę wybudzeń do swojego maluszka.  Po raz kolejny zobaczy swoją bezbronną kruszynkę, która jest na haju. Co robi jeszcze? Tłumi emocje, popija kawę i piszę posta. Może dziś równie szybko wybudzi się jak wczoraj?

Co czuje ojciec? Zapewne to samo. Ale nie powie,  mimo że jest tuż obok. Wiadomo facet, w dodatku skryty facet,ale mi wystarczy to, że jest. Jest, a ja jestem wdzięczna... Bo siedzi tuż obok i pomaga dźwigać mi nasz ciężar. Udowadnia, że Filip nie mógł mieć lepszego ojca, a ja męża.

Wiecie co jest cudowne? Ta silna dłoń mężczyzny głaszcząca małą główkę dziecka… Widok bezcenny!

wtorek, 7 lutego 2017

Cała prawda o Złym Strachu...


"Strach jest ze mną codziennie. Budzę się z nim, zasypiam, robię sobie z nim herbatę, kawę sobie robię i nawet myć się z nim idę. Tak mają rodzice dzieci chorych, bo stać może się wszystko. A może zawsze może stać się wszystko tyle, że my zdajemy sobie z tego sprawę. Ta świadomość może niszczyć, ale może też podnieść tak jak w życiu nie podniosło wcześniej nic." 


Żeby nie było...to nie są moje słowa. To cytat, z tekstu na który trafiłam dzięki Ninie i Anecie. Zwyczajne udostępnienie na fejsie i człowiek trafia na coś mądrego. Sama bym pewnie nie trafiła na tę stronę, albo jeśli już to z niezłym opóźnieniem,  bo ostatnio nie mam czasu na wędrówki po internecie. Wracając do tekstu...  Odzwierciedla on całkowicie to co czuję... Pokazuje jakim przeciwnikiem jest strach, a konkretnie jakim jest cieniem rodzica,  który ma chore dziecko.  A ja mam chore dziecko.  I strach też mam za plecami. Cholera, nawet kawa nie smakuje z nim dobrze. Nic z nim nie jest takie jakie być powinno.  Lepiej nie napisałabym o naszej rzeczywistości niż autorka powyższych słów. Tak to wygląda i idealnie zostało wpisane w zlepek liter. Wiecie co? Obawiam się,  że ten strach nie zniknie nigdy. Nawet jeśli będzie wielkości znaczka pocztowego i przyklei się gdzieś z tyłu zakurzonej szafy bądź ugrzęźnie w pajęczynie. Zawsze będzie się czaił gdzieś w pobliżu. Bo przecież już raz się coś przytrafiło...  

Im bliżej wyjazdu, tym strach staje się większy. Możecie to sobie łatwo wyobrazić...Tak jak w kreskówkach. Nagle nad dobrym głównym bohaterem wyrasta ta wielka z groźną miną. A ta mała kuli się jeszcze bardziej i zaczyna drżeć. Tak to wygląda... 

 Jest jeszcze jeden cytat: 

"Uświadomiłam sobie: pesymizmem, załamaniem, dołem nie pomogę dziecku. Ona potrzebuje siły, mocy. I w końcu to ona walczy ze swoim organizmem– nie ja. Optymizm to kwestia samodyscypliny. Budzę się rano i myślę: „O nie, dziś będzie dobry dzień”. Nie zawsze mi wychodzi, ale pracuję. Wiem na pewno, że się da." 

Dobra rada...co nie?!  

No i jeszcze jedno (kradnę, zabieram, pożyczam)… Moje dziecko nie choruje, Ono zdrowieje Proszę Państwa! I tego się trzymajmy… A tymczasem jutro lecimy znów po zapas płytek…

*Cytaty pochodzą z bloga i profilu Matko Jedyna na FB ;)


wtorek, 31 stycznia 2017

Pół roku już razem...we troje!




Filip ma już pół roku! Równo 6 miesięcy temu,dokładnie kilkanaście minut po 23:00 zostaliśmy rodzicami i poznaliśmy po raz pierwszy naszego synka! Jak ten czas leci?! Jeszcze tak niedawno siedziałam jak na bombie i czekałam, aż zacznie się akcja porodowa,a tu proszę moje szczęśliwiątko jest już takie duże!
Jakie było to półrocze? 
Pouczające. Pełne radości, czułości i miłości. To odkrywanie siebie, siebie w roli matki. Nas w roli rodziców. 
Nie ma co się oszukiwać... Nie zawsze było kolorowo. Bywało,  że ręce opadały, łzy płynęły, szlag mnie trafiał a gniew kipiał. Rola matki jest piękna i wyjątkowa, ale także trudna. Szczególnie jeśli ta mała istotka boryka się z chorobą a szpital to nie tylko budynek, który gdzieś się tam mija. 

Z każdym dniem mój synek się rozwija. Rozczula mnie, szczególnie gdy wyciąga raczki by złapać moją twarz i dać swojego nieudolnego jeszcze buziaka. Te buziaki wychodzą mu coraz lepiej, a ja chętnie korzystam z okazji i się przytulam do mojego dziuńka! ;-)  Ten mój dziuniek czasem też mnie wkurza... Co nie powinno mnie dziwić skoro ma mój charakter i upór po ojcu. To taki słodki terrorysta! ;-)  

"Ile bym dała za jeden dzień tylko dla siebie!" 
A teraz pytanie dla wszystkich matek... Naszła was kiedyś taka myśl? Mnie tak. Co prawda na myśli się skończyło, bo instynkt matki zaczął się od razu buntować!:-P Przyznaje się bez bicia...ostatnio jestem totalnie zmęczona. Filip nie daje się wyspać. Jeśli kiedyś narzekałam, że się budzi (a wiem, że pisałam o tym bo przeglądałam ostatnio swoje wpisy) to teraz jest jeszcze gorzej. W nocy nie mam siły zwlec się z łóżka. Noce są najgorsze, chodzę jak zombie, w dzień za to funkcjonuje normalnie na pełnych obrotach. Jak dobrze, że w nocy pomaga mi H! Pół roku temu siedziałam na bombie i jak na złość teraz też siedzę a raczej siedzimy tylko na takiej o większej sile rażenia. Jutro już luty… po raz kolejny powtórzę… Jak ten czas leci?!

środa, 25 stycznia 2017

Światełko w tunelu...

Marzec. Miesiąc, w którym natura budzi się do życia. Szarość i zimno powoli odchodzą w cholerę. Dla nas ten miesiąc również będzie przełomowy. Wraz z jego początkiem wyruszymy w drogę po nowe życie i zdrowie dla Filipa. Podnieśliśmy rękawicę i stajemy do walki. Najpierw podróż do Warszawy po Broviaca i na badania, potem już Wrocław, chemia i przeszczep. Podejmujemy walkę, ale i ryzyko, jednak teraz też żyjemy jak na bombie. Najważniejsze, to zrobić wszystko, aby nasze szczęśliwiątko było zdrowe. Ile czasu spędzimy w klinice? Przez kilka tygodni będzie to nasz dom. Dom sterylny, który ma zapewnić bezpieczeństwo naszemu dziecku. 

Tak sobie myślę, że jeśli przetrwam to wszystko… Te minimum dwa miesiące szpitala, te nerwy, badania, chemie i to co się z tym wiąże, to już chyba przetrwam wszystko. Cieszę się, że jest dawca, że mój synek ma tą szansę, aby pozbyć się WASA, ale równocześnie się boję. To będzie koszmarne obciążenie dla psychiki. Wiem, że damy radę, że pokonamy to cholerstwo. Mój synek już udowodnił nam jaki z niego wojownik a mimo to, jedyne czego pragnę to, żeby już było po wszystkim. Póki co mamy swoje światełko w tunelu... 

Jak podróż? Udana. Mało awanturnicza. Jeszcze trochę i takie podróże do Wrocławia to będzie chleb powszedni. Mamy nadzieję, że następnym razem, gdy wyjdziemy tymi samymi drzwiami z kliniki co dzisiaj, to już bez WASA!


wtorek, 24 stycznia 2017

To już jutro...


To już jutro…! Jedziemy na spotkanie z profesorem nad profesorami, jak określają go mamuśki, które powierzyły w jego ręce swoich synków. Co czuję przed tym przełomowym spotkaniem? Strach i podekscytowanie. Dowiemy się jak to wszystko widzi profesor. Jakie są minusy przeszczepu itp. Jutro o tej porze moją głowę nawiedzą nowe myśli. Cieszę się, że coś się zaczyna dziać,  że wreszcie zrobimy jakiś krok naprzód. Wiem też, że będziemy musieli podjąć trudną decyzję, i podjąć walkę o życie, które stworzyliśmy.  

Wiecie co? Za oknem szaro i ponuro. A ja zaczynam tęsknić za latem. Porankami, które witają słońcem a nie ciemnością. Za spacerami po leśnych drogach,  za lekkimi ciuchami a nawet za upałami,  których nienawidzę, gdy już są. Poprzednie lato upłynęło szybko i ociężale. Spacery w ciąży były rzadkością,  kręgosłup bolał, brzuch też a nogi miałam jak ludzik Michelina. Miałam nadzieję, że po porodzie nadrobimy i będziemy sobie spacerować naszymi trasami z wózkiem - tak jak sobie zresztą planowaliśmy. Niestety wyszło inaczej, a spacery były jeszcze rzadsze niż w ciąży. Zamiast spacerować to siedzieliśmy w szpitalach. Jakie będzie to lato, które cały czas jest przed nami? Weźmiemy synka i pójdziemy zbierać moje ulubione chabry (jak co roku)?  Schronimy się w cieniu leśnych drzew, opędzając się od owadów?  Poczujemy beztroskie promienie słońca w niedzielne popołudnie?  A może wieczorem prócz bzyczenia komarów usłyszymy świerszcze? Czy do lata uporamy się z WASem? Czy będziemy już po przeszczepie i czy będzie ok? A może będziemy w trakcie? A może nadal przed?

Pytania i niewiadoma. A w sercu tęsknota za choć chwilą normalności.  

Najpierw jednak czeka nas droga do Wrocławia...Podróż z moją małą marudą, która nie lubi pasów i fotelików.  Co prawda ma już nowy i chyba wygodny,  ale kto nadąży za Fifem?!:-P Zresztą od fotelików i pasów, gorsze są tylko korki i ślamazarna jazda – zdaniem Filipa oczywiście. ;pMam nadzieję, że przetrwamy jutrzejszy dzień w dobrej kondycji psychicznej, a także, że znajdziemy pewnego rodzaju oparcie w profesorze.

piątek, 20 stycznia 2017

Kolejny wypad po płytki...



Ostatnio mam wrażenie, że moje ciało wpija stres jak gąbka wodę. A poziom kryzysowy na skali pojawia się, gdy moja stopa przekracza próg oddziału szpitalnego. Szczególnie, gdy oddział pełen jest chorych dzieci a Filip musi unikać wirusów i całej tej reszty. Wtedy to w żołądku mam jeden wielki supeł... Każdy kaszel słyszany na korytarzu czy w naszej sali przyprawia o dreszcze. I tym razem nie obyło się bez pobytu w szpitalu, płytki znów spadły do 6 tysięcy. Na szczęście, tym razem wystarczyło jedno toczenie, żeby płytki podrosły do 46 tysięcy. Tak więc trochę więcej niż 24 godziny w zamknięciu sali i w stresie... Kolejna morfologia za 3 dni. 

Już drugi raz przyszło mi leżeć na tym samym łóżku i patrzeć w to samo okno. Na tym oddziale oczywiście...Ile jeszcze takich płytkowych pobytów nas czeka?

Przewijając na śpiocha synka wczorajszej nocy (co jest nie lada wyczynem) doszłam do wniosku, że więcej guzików ma tylko ksiądz w sutannie albo nawet nie!Ile to niepotrzebnych guziczków ma takie małe ubranko. To i tak szczęście, że chociaż krój normalny i nóżki można było szybko włożyć w odpowiednie miejsce i po kłopocie, bo przy innym zestawie było by jeszcze trudniej z tym moim wiercipiętą. 

Nocka raczej do spokojnych nie należała... Poprzednie tez... Mój mysiu pysiu ma ostatnio lekki sen albo raczej bardziej lekki niż zwykle :-P. Ciekawe co czeka mnie dziś. Mój mały szefuńcio śpi sobie słodko w swoim łóżeczku a ja mam chwilę na umycie butelek, napisanie notki, przebranie się w piżamę i zaparzenie herbaty, a potem myk do łóżka. Czuje się jak zombie… 

Ostatnio tak wiele się dzieje, że ledwo ogarniam… Filip podbija internet i świat, a My przekonujemy się ilu jest dobrych ludzi na świecie. Wprost nie mogę uwierzyć jak duży jest odzew na nasz apel i pomoc dla naszego szczęśliwiątka! Wszystkim Dziękujemy za dobre serducha!


wtorek, 17 stycznia 2017

1% dla Filipa

Witajcie kochani!

Nowy Rok się zaczął i powoli ruszyła machina zwana PIT-em. Rozliczenia i rozliczenia, często widzicie prośby o przekazanie jednego 1% na jakiś cel bądź osobę. Ja w tym roku też muszę się do Was zgłosić z taką właśnie prośbą… Jeśli zastanawiacie się komu przekazać swój 1% to proszę pomyślcie o nas, a szczególnie o Filipie. Tak więc mój dzisiejszy post to taki trochę apel i prośba o pomoc. Jakąkolwiek, choćby o udostępnienie… Za każdą pomoc będziemy wdzięczni!





czwartek, 12 stycznia 2017

Refleksje podczas usypiania




Usypiając synka do głowy zaświtał mi pomysł na dzisiejszy wpis… Każdego wieczora i każdej nocy (w dzień również, ale wtedy nie ma takiego klimatu) towarzyszy mi taki oto widok. Lulam maluszka, czasem w ciszy czasem nucąc coś i myślę. O czym? O wszystkim. Przez głowę przelatują plany, marzenia, pomysły, troski...Ciało w tym czasie daje znać o zmęczeniu. Myślę także o mijającym właśnie dniu o tym jak bardzo podobny jest do poprzednich. Tak bardzo, że zdarza mi się zapomnieć jaki aktualnie mamy dzień tygodnia. Patrzę na śpiącego w moich ramionach synka i nadal nie mogę uwierzyć, że jeszcze rok temu był we mnie. Był fasolką a jest małym człowieczkiem z charakterem. Zdaję sobie sprawę, że pewnego dnia stanie się dorosłym facetem, który już w moich ramionach się nie zmieści. Rozczulam się, i przeganiając zmęczenie, zdaję sobie sprawę, że to ulotne chwile, intymne, tylko moje i Jego. Oczywiście zadaje sobie również pytanie czy jestem dobrą matką i jaki będzie mój syn w przyszłości. Nie kim zostanie, ale na kogo go wychowamy. 

Zwracam uwagę też na książki, których przybywa, a których nie mam ani czasu ani sił czytać. Zdaję sobie sprawę, że mój drugi blog zdycha i wcale mi z tym dobrze nie jest, bo wiem ile się napracowałam, żeby dojść do tego co teraz mam. No, ale trudno, kiedyś nadrobię zaległości. Uzmysławiam sobie, że kiedyś czytałam o ludzkich problemach, fikcyjnych, bądź realnych, a teraz problemy dogoniły mnie. I to te dużego kalibru. Szczerze? Lepiej się o nich czyta… Najchętniej wzięłabym męża za rękę, synka w ramiona i zakotwiczyła się w którejś z książek...Najlepiej takiej lekkiej i przyjemnej. Byłabym utkaną postacią z literek, miała swój świat zbudowany ze słów, w którym wszystko jest możliwe. 

Bujam się nadal, kontroluję sytuację i odliczam sekundy i minuty, które dzielą mnie od spokoju i snu. Od chwili wytchnienia, która jest tak krótka, że aż żal zasypiać. Obiecuję sobie również, że jutro dam radę, że zrobię coś lepiej oraz, że znajdę siłę na kolejny dzień.

czwartek, 5 stycznia 2017

Słów kilka przed snem...





Wraz z Nowym Rokiem i kolejnymi dniami wyrwanymi z kalendarza mojego macierzyństwa uświadomiłam sobie, że coraz bardziej kocham to moje szczęśliwiątko. Nie jest łatwo, a nawet coraz trudniej, ale moja matczyna miłość rośnie. Oczywiście poziom zmęczenia również. Tym bardziej, że mój syneczek lubi zaskakiwać swoich rodziców i nie wprowadza monotonii w codzienne życie. Kiedyś przesypiał całe noce. Następnie obrał sobie pobudkę między 1 a 3 w nocy. Dwa razy w miesiącu przesypia całe noce. A ostatnio (czyt. choćby wczoraj) więcej nie spał niż spał. Nie ważne, że rodzice chodzą po ścianach, że mamuśkę bolą nogi, kręgosłup, ręce od lulania, noszenia, usypiania...On o godzinie 1 jest wyspany jak po całej nocy (wcześniej obudził się o 23:30 a jeszcze wcześniej coś ok 22) a zasnął o 2:30. I na tym nie koniec atrakcji... Na pytanie: -Czemu nie śpisz synu? Odpowiedzi brak – jest banan na twarzy. By po chwili powiedzieć te swoje aułu, agu, yyy i NIE (to chyba miało oznaczać znane wszystkim NIE BO NIE, tylko póki co wychodzi mu zrozumiale tylko nie). Skoro już zaczyna się tak tłumaczyć to co będzie dalej?! 

Jak widać Filip walczy z nudą, snem i co ważne ze spadającymi płytkami. Tym razem morfologia pokazała 25 tysięcy i dobrą hemoglobinę bo aż ponad 11. Cieszymy się z tego co jest i póki co korzystamy z pobytu w domu. 

Z każdym dniem mój synek pokazuje na co go stać i jak wiele już potrafi. A i mama mu wychodzi ;p! Co prawda nie na zawołanie, a zazwyczaj podczas fali kryzysowej, ale zawsze… Sfrustrowana matka zamienia się chwilowo w zmęczoną matkę… póki co jeszcze zdrową psychicznie, choć co niektórzy po moim wpisie mogę pomyśleć inaczej! Bycie matką to naprawdę ciężka robota… a zapłatą jest najcudowniejszy uśmiech pod słońcem ;)